środa, 25 lutego 2009

Paraliż Band – Vintage



Na pierwszy rzut oka nazwa Paraliż Band przywodzi na myśl kapelę punkową, jednak nic bardziej mylnego, gdyż jest to jeden z najlepszych polskich zespołów wykonujących... roots reggae.
W pewnym sensie jednak skojarzenie takie jest trafne, gdyż zanim skrzepła obecna forma muzyczna, Paraliż imał się punk rocka i ska. ale w obecnej formie prezentuje się najlepiej i ma grono wiernych fanów, nie tylko w okolicach Torunia, skąd pochodzi.
Z dumą muszę przyznać, że płytę Vintage nabyłem w dniu jej premiery – na festiwalu Afryka (który swoją drogą również polecam, chociaż odbywa się w środku sesji zimowej), zdobywając przy tym autografy muzyków. Nie miałem wątpliwości czy opłaca się wydać te 30 zł, gdyż niektóre piosenki słyszałem już wcześniej w Polskim Radiu Euro - w audycji Makena, a także na profilu MySpace zespołu. Materiał ten zapowiadał świetnie brzmiącą płytę w klasycznym, wailersowskim stylu. Moje przewidywania spełniły się w 100%! Płyta utrzymana jest w spokojnym, wolnym rytmie, przepełniona przyjemnymi melodiami. Warto zauważyć, że zespół postarał się o to, aby krążek brzmiał na tyle analogowo, na ile może w ten sposób brzmieć płyta kompaktowa. Swoją drogą niewykluczone jest też wydanie w niedalekiej przyszłości singla z jedną z piosenek na winylu. Na jakość materiału wpłynęły niewątpliwie nagrania w Studiu im. Toma Waitsa (Vintage Records, skąd też tytuł albumu). Upodabnia to dodatkowo brzmienie do słynnego zespołu Boba Marleya. Nie można jednak Paraliża uznać za kalkę legendarnej grupy, gdyż wypracował bardzo ciekawy i oryginalny styl.
Przede wszystkim należy pochwalić zespół za to, że nie boi się śpiewania po polsku, co wbrew pozorom często może sprawiać więcej trudności niż wykonywanie piosenek po angielsku. Z dwunastu kawałków na płycie aż dziesięć jest w naszym ojczystym języku, a zaledwie dwie w mowie Szekspira. Teksty są poetyckie, a przy tym także mądre i pogodne, zaś łagodny głos wokalisty – Krzysztofa Rygielskiego – tylko dodaje im uroku.
Album rozpoczyna Jah can stop the tears. Delikatną pulsacją i pozytywnym przekazem, który jest obecny we wszystkich numerach na krążku, świetnie wprowadza w klimat. Drugi kawałek – Mistrz świata – nieco szybszy, jest moim ulubionym na tej płycie, chociaż właściwie każdy z nich można by tak nazwać. Kolejne należące do najlepszych moim zdaniem to Sprawca radości, Nie złamiesz mnie (utrzymany w bardzo wailersowskim stylu, polecam porównać z Burnin' and Lootin'), Baby (bardzo ładny lovers po angielsku) i ostatni na płycie - Więcej miłości.
Gorąco polecam tę płytę, świetna na póki co jeszcze długie i póki co zimowe wieczory, pomoże oczyścić umysł ze wszystkich zmartwień i zwyczajnie wnieść więcej ciepła do naszego życia. Warto też wybrać się na koncert.
Prześlij komentarz