wtorek, 29 stycznia 2013

Związki partnerskie

Dobrze było wyjechać poza granice naszego kraju na tydzień, odcinając się od medialnego szumu oraz Internetu. Podczas, gdy nad Wisłą rozgorzała ostra dyskusja na temat tzw. związków (okropne słowo) partnerskich ja spokojnie szusowałem sobie na nartach.
Tymczasem po piątkowej porażce wszystkich trzech projektów ustaw o związkach partnerskich nie cichną komentarze, głównie negatywne na temat posłów partii rządzącej, którzy wbrew zachętom premiera postanowili zagłosować przeciw projektowi ustawy. W tej kwestii wszelkim "miłośnikom demokracji" demokratyczne mechanizmy parlamentarne wyraźnie się nie podobają.
W całym tym zamieszaniu najbardziej zastanawia mnie pewne odwrócenie pojęć. Sformalizowanie nieformalnych relacji nazywa się bowiem "liberalizacją", co jest oczywistą bzdurą. Tworzenie dodatkowych regulacji sprzyja co najwyżej rozrostowi biurokracji i struktur wszechwładnego państwa.
Tymczasem dużo prostszym i korzystniejszym rozwiązaniem niż w przypadku formalizowania homo-związków czy konkubinatów byłoby zwykłe odpieprzenie się państwa od kwestii "kto z kim i w jaki sposób", czyli zwyczajnie zniesienie państwowych ślubów, które i tak w większości przypadków są zdublowaniem tych udzielanych przez instytucje religijne. Wiązałoby się to również ze zniesieniem przywilejów podatkowych, co w gruncie rzeczy oznaczało by prawdziwą równość między związkami (okropne słowo) nieformalnymi i małżeństwami, bez naruszania charakteru tego drugiego, jako przyjętego według zasad określonej wspólnoty religijnej.
Niestety, nic nie wskazuje, aby osoby lobbujące za związkami (okropne słowo) partnerskimi rzeczywiście dążyły do równości wobec prawa, czy wolności wyboru. Jest to zwykła totalniacka banda, która nie tylko dąży do zwiększenia wpływu państwa na życie obywateli, ale również narzucenie swojej ideologii i światopoglądu całemu społeczeństwu.
P.S. Ciekawie na ten temat wypowiedziała się na swoim blogu Libertarianka
Prześlij komentarz