czwartek, 7 stycznia 2010

Stella Artois - konfrontacja

Gdy pierwszy raz w tym roku (raptem 2 dni temu) zawitałem do mojego osiedlowego sklepu sieci EKO przy ulicy Komandorskiej we Wrocławiu (zero kryptoreklamy, staram się być rzetelny i wiarygodny) moje oczy ujrzały miły dla nich widok: pracownicy marketu ustawiali na półce piwa. I to nie byle jakie, to znaczy takie - przynajmniej cenowo - z górnej półki, m.in. czeskie, belgijskie etc. Cóż, było to świeżo po Nowym Roku, w głowie wciąż nie przebrzmiały moje postanowienia noworoczne (wśród nich: "W tym roku będę pił mniej piwa!"), toteż odważnie i zdecydowanie ominąłem tę jakże kuszącą półkę, by skierować swe kroki ku kaszom i sosom (bo sos chili pasuje do wszystkiego). Następnie podszedłem do kasy, aby dokonać zapłaty za zakupione produkty.
Jak zapewne się domyślacie, nie odpuściłem jednak i dzisiaj postanowiłem odwiedzić ów sklep i zbadać, cóż takiego oferuje. Z drugiej strony miałem jednak wcześniej upatrzony cel - chciałem spróbować belgijskiego piwa Stella Artois ( /ˈstɛlə ɑrˈtwɑː/), podobno bardzo popularnego w brytyjskich pubach, o którym słyszałem także opinię, że smakuje... no ale może o tym za chwilę. W każdym razie okazało się to również jedno z tańszych w porównaniu do także belgijskiego Tuborga albo czeskiego Staropramen z tamtej półki. W porównaniu - bowiem buteleczka 0,33 l kosztowała mnie prawie 4 zł (sporo jak na studencką kieszeń).
Zadowolony wróciłem do akademika, by tam szybko wymyć na błysk szklankę i sprawdzić czy słynna Stella jest warta swojej legendy i (przede wszystkim) ceny. Należy zauważyć, że butelka tego belgijskiego piwka jest całkiem ładna, powiedziałbym wręcz, że elegancka, chociaż w gruncie rzeczy oprócz motywu rogu (producentem jest browar Den Horen, co oznacza właśnie "róg") i papierka wokół kapsla nie odróżnia się niczym szczególnym. Kapsel okazał się być dosyć odpornym, jednak już po chwili ustąpił i do moich nozdrzy dopłynął miły chmielowy zapach. Uznałem to za dobry znak i wlałem zawartość butelki do szklanki. Powstała około dwucentymetrowa korona piany, niezbyt ładnej.
Przyszedł czas na spróbowanie. I tu niestety potwierdziła się opinia mojego kumpla. Stella smakuje trochę jak... piwo rozrobione z wodą. Brak jakiegoś wyraźnego smaku, z każdym łykiem zdawało się smakować coraz gorzej, przy ostatnim wręcz przywoływałem w myślach jedną z moich najgorszych porażek jeśli chodzi o kupno piwa: Sudeckie z Browaru Głubczyce. Cóż, może to wina tego, że nie schłodziłem go przed nalaniem (wcześniej i tak niosłem je przez mróz co uznałem za wystarczające schłodzenie), ale nie sądzę.
Kolor, jak widać na powyższym zdjęciu także nie powalał, bąbelków niewiele. Utwierdza mnie to w przekonaniu, że jednak jest to piwo przereklamowane, lansowane na produkt ekskluzywny, jednakże niespełniający moich wymagań co do tego typu piw. Jednak nie ma to jak dobre polskie/czeskie/słowackie/litewskie piwko, po prostu dobre.

Prześlij komentarz