Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dobre. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dobre. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 19 stycznia 2010

Zwycięska bitwa o Czarnków!


Ponad miesiąc temu poruszyłem temat ratowania Browaru Czarnków. Właśnie dotarły do mnie nowe informacje, które dają duże nadzieje na przetrwanie tego zakładu i jego produktów.

Jest już późno, wieść dotarła do mnie właściwie w tej chwili, więc czym prędzej postanawiam się nią podzielić:
Po nagłośnieniu w mediach sprawy prywatyzacji browaru w Czarnkowie oraz protestach społeczności konsumentów piwa Agencja Nieruchomości Rolnych postanowiła odwołać dotychczasowe warunki przetargu na jakich miałby zostać sprzedany czarnkowski zakład piwowarski.
(za notatką na stronie na Facebooku portalu piweczko.org)
Co prawda nie wiadomo jeszcze na jakie warunki zmieniono owe zasady, jednakże można być, mam nadzieję, dobrej myśli.

sobota, 16 stycznia 2010

Obołoń Aksamitny (Оболонь Оксамитове) w mroźny, zimowy dzień


Kolejne piwo na Zbychowcowie? Czy to nie lekka przesada? Spokojnie, Moi Drodzy Czytelnicy. Nie zamierzam zrobić tutaj bloga stricte piwnego. Przyznać muszę jednak, że nieco wciągnęła mnie idea opisywania swoich doświadczeń z tym trunkiem związanych.
Ukraina nigdy jakoś nie kojarzyła mi się z piwem, zwłaszcza jakimś nadzwyczaj dobrym. Jednak okazuje się, że produkty browaru Obołoń są całkiem dobrej jakości i cieszą się uznaniem wielu smakoszy. Najbardziej znany jest chyba pszeniczniak pochodzący z tego browaru, którego jednak do tej pory nie miałem okazji nigdzie spróbować. W sklepie, w którym dostałem dzisiaj opisywane piwo wszystkie Obołoń Pšenične [Пшеничне] zostały wykupione, ostał się tylko jeden ciemny aksamiciak. Zresztą moim zdaniem piwa białe mają większą rację bytu latem, ze względu na ożeźwiający smak, zaś w atmosferze zimowej (wszakże mamy teraz nagły atak zimy) dużo lepsze jest dobre, ciemne piwko.


Takim też okazał się Obołoń Aksamitny! Głęboki, słodowy smak, lekko gorzkawy, bardzo mi się spodobał. Przy tym, jak na piwo ciemne przystało, jest to smak zdecydowany, pozwalający na długie kosztowanie (bardzo korzystne w przeliczeniu na piwo/minutę). Piana w szklance wyglądała całkiem przyzwoicie, niestety krótko się utrzymała (na szczęście na tyle długo, że zdążyłem pstryknąć kilka fotek). Należy przyznać, że produkt kijowskiego browaru zrobił na mnie dobre wrażenie. Tego mi było trzeba po stresach związanych z całym tygodniem zaliczeń i egzaminów! Z chęcią sprawdzę przy nadarzającej się okazji inne piwka tego producenta, o ile znowu ktoś nie wykupi wszystkich przede mną.

wtorek, 12 stycznia 2010

Staropramen? Ráda bych!

Zachęcony komentarzami pod poprzednim postem szarpnąłem się dzisiaj na czeskiego Staropramena. Może rozczaruję Was, ale tym razem nie będzie żadnego dramatycznego wstępu, zwyczajny zakup bez jakiegoś większego planowania nawet (no co ja poradzę, że codziennie muszę przechodzić koło tej przeklętej półki?). Staropramena zasugerował mi w komentarzu do spróbowania niejaki Michał, toteż postanowił zweryfikować jego pochlebną opinię o tym dziele sztuki browarniczej.
Pierwsze wrażenie - estetyczne - bardzo dobre. Jest coś takiego w stylistyce etykiet czeskich piw, że na pierwszy rzut oka widać, że są czeskie. No i oko się cieszy. Dokonałem otwarcia butelki, a następnie wlania piwa do szklanki. Piękny kolor, co zresztą widać na powyższym zdjęciu. Piana tak szybko znikła, że sam się zastanawiam czy w ogóle tam była. Ogólnie niezbyt gazu było w tym piwie, co spowodowało oczywiście, że szybko ujrzałem dno szklanki. Trochę krótka przyjemność. A smak? Niezły, całkiem niezły, bardzo dużo chmielowej goryczki. Jednak powiedzmy sobie szczerze, żeby zasmakować w takim piwie trzeba nie jednego, a co najmniej dwa, no i najlepiej w Czechach, gdzie zapewne mniej kosztuje niż niemal 5 zł, które musiałem zapłacić w polskim sklepie.

poniedziałek, 14 grudnia 2009

KaCeZet & Dreadsquad – Stara szkoła (recenzja)



Wielki powrót starej szkoły!

MMF i KaCeZet zabierają słuchacza w muzyczną podróż na Jamajkę lat 80. w starym dobrym.... polskim stylu!

Jak sam tytuł wskazuje, krążek utrzymany jest w oldschoolowej stylistyce raggamuffin z lat 80. poprzedniego wieku, nietrudno wychwycić w utworach nawiązania do gwiazd takich jak Yellowman, Eek-A-Mouse oraz do riddimów z tamtego okresu, np. słynnego Sleng Tenga. Jest też kilka kawałków w bardziej współczesnej formie, wpisujących się w bardziej ogólnie rozumiane reggae, z elementami dubu, a nawet ska. Jak przystało na taką muzykę, rytmy z płyty idą w biodra i z pewnością poruszą niejednego (i niejedną) do tańca.

Gdy tylko usłyszałem (a właściwie przeczytałem) pierwsze sygnały o tym, że KaCeZet nagrywa płytę z Dreadsquadem, wiedziałem że będzie to bardzo ciekawa pozycja. Gdy na MySpace pojawił się przedpremierowy odsłuch całej (!) płyty, byłem już pewien, że jest to jedna z najlepszych płyt tego roku! Kompozycje Marka „MFFa” Bogdańskiego świetnie współgrają z charakterystycznym wokalem Piotra „KaCeZeta” Kozieradzkiego. W warstwie muzycznej nie brakuje smaczków w postaci dźwięków z syntezatora Casio mt-41 (brata legendarnego Casio mt-40, na którym powstała większość znanych riddimów z lat 80.), taśmowych pogłosów i innych efektów. Bez tych wszystkich dźwiękowych bajerów z pewnością płyta nie byłaby aż tak klimatyczna.

Warstwa wokalna nie ustępuje wcale tej instrumentalnej. KaCeZet jest bardzo zdolnym wokalistą, który potrafi nawijać jednocześnie bardzo dynamicznie i melodyjnie, w dodatku jest dobrym tekściarzem (teksty są ewidentnym atutem płyty: dowcipne, błyskotliwe, w luźny sposób poruszające wiele życiowych kwestii, m.in. związanych ze stosunkami damsko-męskimi). Swoboda, z jaką posługuje się językiem polskim, dość trudnym do nawijania, robi wrażenie (a warto zauważyć, że wszystkie piosenki są w naszym ojczystym języku, więc dla każdego powinny być zrozumiałe).

Krążek rozpoczyna się od kawałka Kłaniam się nisko, który jest hołdem złożonym starym wykonawcom z Jamajki, prekursorom raggamuffin. Wątek ten przewija się jeszcze w kilku piosenkach. KaCeZet nawija w typowym dla okresu świetności tych artystów stylu, nie tracąc przy tym swojego oryginalnego charakteru. Drugi numer to piękny lovers Dla dziewczyny. Trzeci utwór nosi tytuł Dla moich ludzi. Jest szybszy, więcej w nim współczesnych efektów na wokalu. Podobnie kolejny – Gadżet i kicz – w dowcipny sposób komentujący różne akcje promocyjne, które atakują nas ze wszystkich stron. Podobnych tanecznych humorystycznych kawałków na płycie jest jeszcze kilka (chociażby promujący album na singlu Czego ona chce czy opowiadający o perypetiach związanych z Wojskową Komendą Uzupełnień WuKaU), jednak lepiej po prostu ich posłuchać niż czytać ich opisy w recenzji. Ostatni na krążku jest instrumentalny dubowy utwór, będący wersją znanego jazzowego standardu Juana Tizola – Caravan. To kolejne nawiązanie do tytułowej „starej szkoły”.

Płyta jest, moim zdaniem, strzałem w dziesiątkę! Wypełnia niszę, która nie była wcześniej prawie w ogóle zagospodarowana w polskiej muzyce reggae, na dodatek w świetnym stylu. Serdecznie polecam, a jeśli nie wierzycie to posłuchajcie na stronie http://www.myspace.com/kacezet .

wtorek, 6 października 2009

Piwne opowieści





W ostatni piątek planowałem z moimi przyjaciółmi pójść na koncert muzyki cerkiewnej. Niestety z uwagi, że odbywał się gdzieś aż na Psim Polu, a wyruszyliśmy lekko opóźnieni, na dodatek nie widząc szansy złapania tramwaju w końcu zrezygnowaliśmy. Wpadliśmy wówczas na jakże genialny w swojej prostocie pomysł: idziemy na piwo! No i w porządku, tylko jeden z moich towarzyszy ciągle robił problemy przy wyborze lokalu. Bo tu dym, bo tu to, tu tamto. Na dodatek zaczął usilnie lobbować pomysł pójścia na pizzę, który mi się średnio podobał, gdyż byłem po dosyć sycącym obiedzie i nijak nie myślałem o jedzeniu (zwłaszcza po zrzutce od każdego). Ulegliśmy jednak jego namowom i udaliśmy się do pizzerii Da Grasso na ulicy Zaporoskiej z myślą, że zjemy tam, a potem udamy się do przyległego sklepu z alkoholami w celu zakupu owego złotego trunku. Pominę może już, że w pizzerii pomylono nam składniki, bo w efekcie pizza była bardzo smaczna i z chęcią ją zajadałem. Zgodnie z naszym planem udaliśmy się do sklepu. I tu w zasadzie zaczyna się moja opowieść.

Nie miałem osobiście ochoty na żadne popularne, masowo produkowane piwa Kompanii Piwowarskiej i innych Żywców, zresztą podobne preferencje prezentowali moi koledzy. Dlatego też poszukiwaliśmy czegoś niebanalnego pod względem smaku i zarazem w nie za bardzo obciążającej nasze budżety ceny. Wybór piwa w owym sklepie nie był może powalający (zwłaszcza w porównaniu z wyborem wina i innych takich tam), ale dawał jednak spore możliwości manewru. Po długich poszukiwaniach znaleźliśmy w końcu piwo o nazwie STARE DZIEJE KSIĄŻĘCE. Z lektury etykiety wywnioskowaliśmy, że jest ono niepasteryzowane i produkowane przez browar w Lwówku Śląskim. Przyznam osobiście, że bardzo mnie to zaciekawiło, bo o niegdysiejszych produktach tego browaru słyszałem wiele dobrego. Dodatkową atrakcją była cena: 2,10 plus kaucja. Dziarskim krokiem pomaszerowaliśmy do domu, aby zdegustować owe piwo. Po wlaniu do kubków okazało się ono być bardzo smaczne, z bardzo fajną goryczką, zachwytom nie było końca.

Z przekonaniem, że wreszcie udało mi się skosztować piwa z najstarszego browaru Polski udałem się do swojego akademika, by potem wszystkim, którzy by się tym tematem zainteresowali ogłaszać, że Lwówek Śląski uruchomił produkcję i prawdopodobnie piłem jedne z pierwszych piw po kilku latach wstrzymania działalności. Wrodzona ciekawość świata kazała mi jednak sprawdzić na stronie browaru ( browar-lwowek.com.pl ) czy aby na pewno produkcja już ruszyła i, rzecz jasna, co jeszcze znajduje się w jego ofercie. Ku mojemu zdziwieniu o owym piwie nie było nawet słowa, a prezentowane tam wzory etykiet w żadnym stopniu nie przypominały etykiety z owego piwa. Na dodatek ze strony można było wyczytać, że browar jest jeszcze remontowany, co jednak uznałem za niedbałość webmasterów i ociąganie się z aktualizacją strony. Poszukiwania i wątpliwości przygnały mnie w końcu na stronę jelonka.com, gdzie autor wpierw zdemaskował, że producentem nie są Browary Lwówek Śląski 1209, lecz jakaś enigmatyczna firma, która na etykiecie wprawdzie podała adres w Lwówku, lecz jej siedziba jest opuszczona. Analizując komentarze na stronie zaczęłem dostrzegać inne szczegóły, które wcześniej mi umknęły. Przede wszystkim piwo jest ONGIŚ niepasteryzowane! Jak rozumiem znaczy to tyle, że zostało poddane jednak pasteryzacji. Drugą rzeczą jest to, że piwo na pewno nie jest z Lwówka, a bardzo prawdopodobne, że pochodzi z.... Czech! Ach jo....


środa, 25 lutego 2009

Paraliż Band – Vintage



Na pierwszy rzut oka nazwa Paraliż Band przywodzi na myśl kapelę punkową, jednak nic bardziej mylnego, gdyż jest to jeden z najlepszych polskich zespołów wykonujących... roots reggae.
W pewnym sensie jednak skojarzenie takie jest trafne, gdyż zanim skrzepła obecna forma muzyczna, Paraliż imał się punk rocka i ska. ale w obecnej formie prezentuje się najlepiej i ma grono wiernych fanów, nie tylko w okolicach Torunia, skąd pochodzi.
Z dumą muszę przyznać, że płytę Vintage nabyłem w dniu jej premiery – na festiwalu Afryka (który swoją drogą również polecam, chociaż odbywa się w środku sesji zimowej), zdobywając przy tym autografy muzyków. Nie miałem wątpliwości czy opłaca się wydać te 30 zł, gdyż niektóre piosenki słyszałem już wcześniej w Polskim Radiu Euro - w audycji Makena, a także na profilu MySpace zespołu. Materiał ten zapowiadał świetnie brzmiącą płytę w klasycznym, wailersowskim stylu. Moje przewidywania spełniły się w 100%! Płyta utrzymana jest w spokojnym, wolnym rytmie, przepełniona przyjemnymi melodiami. Warto zauważyć, że zespół postarał się o to, aby krążek brzmiał na tyle analogowo, na ile może w ten sposób brzmieć płyta kompaktowa. Swoją drogą niewykluczone jest też wydanie w niedalekiej przyszłości singla z jedną z piosenek na winylu. Na jakość materiału wpłynęły niewątpliwie nagrania w Studiu im. Toma Waitsa (Vintage Records, skąd też tytuł albumu). Upodabnia to dodatkowo brzmienie do słynnego zespołu Boba Marleya. Nie można jednak Paraliża uznać za kalkę legendarnej grupy, gdyż wypracował bardzo ciekawy i oryginalny styl.
Przede wszystkim należy pochwalić zespół za to, że nie boi się śpiewania po polsku, co wbrew pozorom często może sprawiać więcej trudności niż wykonywanie piosenek po angielsku. Z dwunastu kawałków na płycie aż dziesięć jest w naszym ojczystym języku, a zaledwie dwie w mowie Szekspira. Teksty są poetyckie, a przy tym także mądre i pogodne, zaś łagodny głos wokalisty – Krzysztofa Rygielskiego – tylko dodaje im uroku.
Album rozpoczyna Jah can stop the tears. Delikatną pulsacją i pozytywnym przekazem, który jest obecny we wszystkich numerach na krążku, świetnie wprowadza w klimat. Drugi kawałek – Mistrz świata – nieco szybszy, jest moim ulubionym na tej płycie, chociaż właściwie każdy z nich można by tak nazwać. Kolejne należące do najlepszych moim zdaniem to Sprawca radości, Nie złamiesz mnie (utrzymany w bardzo wailersowskim stylu, polecam porównać z Burnin' and Lootin'), Baby (bardzo ładny lovers po angielsku) i ostatni na płycie - Więcej miłości.
Gorąco polecam tę płytę, świetna na póki co jeszcze długie i póki co zimowe wieczory, pomoże oczyścić umysł ze wszystkich zmartwień i zwyczajnie wnieść więcej ciepła do naszego życia. Warto też wybrać się na koncert.