Pokazywanie postów oznaczonych etykietą roots. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą roots. Pokaż wszystkie posty

sobota, 8 stycznia 2011

Jak żegnałem rok 2010


Nowy Rok mamy już od tygodnia, wypada więc przypomnieć w jaki sposób go przywitałem. Tym razem postanowiłem nie spędzać go upijając się na umór ani grając w FIFĘ czy RPG (nie żebym to uważał za jakiś niegodny sposób albo samą noc sylwestrową za jakąś szczególną). Spędziłem go w stolicy na imprezie Roots Revival i Fatty Fatty "New Years Eve Special".

poniedziałek, 8 marca 2010

Kalisz Trip

Wczoraj wróciłem z sobotniego wypadu do Kalisza, jak zapewne wiecie, najstarszego miasta w Polsce. Cóż mnie tam przywiało? Debiut znajomego rootsowego sound systemu!
W Kaliszu byłem po raz pierwszy. Przyjechałem do tego pradawnego grodu około godziny 10:20. Od początku mankamentem okazała się spora odległość centrum miasta od dworca kolejowego, jednak gnani głodem (bo na dworcu spotkałem już znajomą z forum RRR - Oliwię., przy czym należy zaznaczyć, że byliśmy gonieni moim głodem, bowiem to ja nie zdążyłem zjeść śniadania wcześniej) dotarliśmy w końcu na rynek (w rzeczywistości ratusz jest prosty).
LinkJak wcześniej wspomniałem, głodny byłem jak nie wiem, toteż rozpoczęliśmy poszukiwania jakiegoś miejsca gdzie można zjeść coś sycącego i zarazem niedrogiego. Trafiliśmy do restauracji TEXAS na rynku, całkiem ciekawie urządzony w stylu kowbojskim lokal z intrygującymi nazwami dań. W końcu zdecydowałem się jednak na Twistera.
Po pierwszym posiłku postanowiliśmy się porządnie powłóczyć po mieście. Czasu było na to sporo, w zasadzie cały dzień.

Prowadzeni przez Niewiedzę (ten na lewo)......trafiliśmy do City Jungle, gdzie miałem okazję napić się (swojej) yerby.

Reszta dnia upłynęła na spacerach po kaliskim parku, jedzeniu najgorszej pizzy jaką miałem okazję jeść w życiu i pomocy w noszeniu sprzętu do klubu.
Aż w końcu nadszedł wieczór, więc przyszedł czas, byśmy posileni yerba mate...
...wyruszyliśmy do pubu "Pod Klonami", gdzie powoli Jah Khaes, Qbafari i Guma rozkręcali imprezę.




Co tu dużo gadać, chłopaki mają całkiem niezłą selekcję, chociaż z pewnością brakuje im jeszcze odrobiny scenicznego obycia, pewności siebie. Mimo to uważam, że impreza była przednia.
Po zakończeniu części rootsowej zaczęła się część dubstepowa, momentami zdecydowanie dla mnie za ciężka. Zresztą dopadło mnie zmęczenie, można powiedzieć że snułem się z jednego miejsca w drugie, próbując to zagadać z kimś, to znaleźć miejsce na drzemkę.
W końcowej fazie imprezy leciały już całkiem spokojne duby, co pozwoliło na zchilloutowanie się na kanapie.

A potem przyszedł poranek...
Jak podsumuję ten wyjazd? Było wybornie, poznało się ciekawe miejsca, posłuchało całą masę świetnej muzyki, powłóczyło w doborowym towarzystwie. Ogólnie spoko!

niedziela, 15 listopada 2009

Row, fisherman, row...

Minęła kolejna, szósta edycja One Love Sound Fest. Muszę przyznać, że jestem bardzo zadowolony, wręcz szczęśliwy, że mogłem uczestniczyć w tym wydarzeniu muzycznym. Wybawiłem się za wszystkie czasy w rytmach muzyki, którą kocham, ponadto spotkałem się z kilkoma znajomymi i ogólnie miło spędziłem ten czas.
Zanim jednak zacznę zachwalać zespoły, które stały na całkiem przyzwoitym poziomie, polecą gromy na organizatorów, czyli Planetę Młodych. Przede wszystkim poziom cen piwa i wszelkich innych napojów w środku był skandalicznie wysoki! 6 zł za małą buteleczkę wody to jakiś skandal! 9 zł kosztował LECH w puszce, 8 zł lany (czyli wodny roztwór piwa). Na dodatek połowę stanowisk na korytarzu zajmowała firma propagująca palenie papierosów (z "freedom" w nazwie, szczyt hipokryzji). Na zewnątrz nie można było w czasie trwania festu wyjść, więc każdy kto czuł potrzebę jedzenia czy picia był skazany na narzucone absurdalne ceny. Mimo wszystko w porównaniu do poprzednich lat jest coraz lepiej, wreszcie występy trzymały się mniej więcej line-upu, koncerty zapowiadała kompetentna osoba (Silverdread z Love Sen-C Music), no i przede wszystkim wszyscy artyści wystąpili (pierwszy raz od 3 lat!)!
Poniżej opiszę jakie wrażenie zrobli na mnie poszczególni wykonawcy.

NDK - nie trawię tego zespołu, zresztą nigdy nie trawiłem i nie rozumiem szału jaki wywołują oraz tłumów, które przyciągają pod scenę. Owszem, są bardzo energiczni, nie można też powiedzieć że nie umieją chłopaki śpiewać, jednak moim skromnym zdaniem (a z pewnością nie jestem z nim odosobniony) ich teksty są bardzo słabe, o niczym, nie wspomnę już że od wielu lat w kółko śpiewają to samo. Dlatego też popatrzyłem sobie na fragment koncertu z trybun, patrząc na las rąk machających w rytm muzyki tej grupy, taki hiphopowy koncert w rytmach Jamajki...
Nie chciało mi się dłużej słuchać tej ekipy toteż zawinąłem się na scenę soundsystemową, gdzie akurat grał Junior Stress. Prezentował z początku kilka starych, klasycznych numerów, potem zaś sam złapał za mikrofon i zaczął śpiewać.
Niezbyt podobało mi się na sound systemach, bo było jakoś tak duszno, gorąco, tłoczno. Poszedłem rozejrzeć się za znajomymi, w tym czasie na scenie montowało się już United Flavour. Bardzo polubiłem tę grupę od czasu jak widziałem ich na Reggaelandzie w Płocku. Grają bardzo fajną, energiczną muzykę reggae z domieszkami akcentów latynoskich, na dodatek Carmen, ich wokalistka, śpiewa często w swoim ojczystym języku - hiszpańskim, co brzmi świetnie. Niestety, tym razem zespół nie zrobił na mnie tak dobrego wrażenia jak w lipcu na nadwiślańskiej plaży.
Po występie międzynarodowej grupy z Pragi przyszedł czas na grupę z USA - Groundation. Jest to jeden z tych zespołów, na które szczególnie wyczekiwałem i na które najbardziej liczyłem. Nie zawiodłem się! Amerykanie pokazali pełną klasę, zagrali bardzo rootsowo, z elementami dubu czy nawet jazzu, nie zabrakło instrumentalnych popisów solówkowych, poza tym głos Harrisona Stafforda, wokalisty zespołu, sam w sobie moim zdaniem jest fenomenalny.



Następnym artystą, który zaprezentował się na scenie był Dellé, członek zespołu Seeed. Wykonawca ten zrobił na swoim koncercie prawdziwe show! Przede wszystkim rzucało się w oczy, że wszyscy muzycy i sam wokalista zostali ubrani w tym samym, eleganckim, aczkolwiek nie sztywnym stylu. Sekcja dęta, składająca się z puzonisty i puzonistki nadawała nie tylko świetne brzmienie wykonywanym utworom, ale także wprowadzała elementy choreograficzne. Takie elementy sprzyjały loversowo-dancehallowym kawałkom tego artysty i ogólnie oceniam ten koncert jako bardzo dobry.
Gdy Dellé zszedł ze sceny, przyszła pora na gwóźdź programu - legendarną grupę The Congos z Jamajki. Na nich czekałem najbardziej i od pierwszego dźwięku wiedziałem, że będzie to niesamowite przeżycie. Na początku zagrali intro, taki krótki mix riddimów zespołu, pozwoliło to rozbujać publikę. Następnie wkroczyli czterej wokaliści grupy: Watty Burnett, Roydel Johnson, Cedric Myton oraz Kenroy Ffyffe. Tak! Czterech facetów po 60-ce, którzy śpiewali na głosy, poruszając się genialnie po scenie, jakby ich wiek nie miał najmniejszego znaczenia. Zespół wykonał większość swoich hitów, a także kilka nowych, nieznanych mi piosenek. Biła od nich niesamowicie pozytywna energia. Nie zabrakło oczywiście najbardziej znanego kawałka Congosów: Fishermana, wykonanego na końcu koncertu:

Jako ostatni na dużej scenie występował Ras Luta. Postanowiłem obejrzeć chociaż fragment jego koncertu, bo przymierzam się do zrecenzowania jego nowej płyty. Ogólnie rzecz biorąc koncert nie najgorszy, Luta miał całkiem niezły kontakt z publiką, której zgromadził pod sceną, zwłaszcza jak na porę, o której grał (koło 3:00), całkiem pokaźną ilość. Z drugiej strony śmieszne były jego teksty "Ej moi ludzie...", które powtarzał bez przerwy chcąc nawiązać kontakt z publicznością.
Na tym skończył się dla mnie tegoroczny One Love Sound Fest, przed opuszczeniem Hali zajrzeliśmy jeszcze do sali soundsystemowej, gdzie grał Jah Free. Puszczał stare dobre rytmy podśpiewując do tego. Niestety musieliśmy już się zbierać, chociaż słyszałem, że i tak długo już nie pograł.
Podsumowując, One Love może nie jest najlepiej zorganizowanym festiwalem (ba, jest jednym z gorzej zorganizowanych), jednak gwiazdy, które zostają na niego ściągnięte w tym roku zrekompensowały z nawiązką niedogodności spowodowane niekompetencją organizatorów. Wygląda na to, że za rok też pojawię się na nim.

wtorek, 8 września 2009

Polska-Jamajka - mniej znane historie

No proszę, nieźle się zdziwiłem grzebiąc przed chwilą w starych artykułach na Wikipedii, które kiedyś stworzyłem. Otóż okazuje się, że polska piosenkarka Antonina Krzysztoń sięgnęła swego czasu po piosenkę nie byle kogo, bo Ijahmana Leviego, bardzo ciekawego twórcę mistycznego roots reggae i zaśpiewała ją z polskim tekstem (chociaż niezbyt wiernym oryginałowi). Tu też wyłazi moja ignorancja, bo był to ponoć jedyny przebój tej wokalistki. No ale dajmy już spokój i posłuchajmy jak to wygląda w wersji Ijahmana:

I w wersji polskiej piosenkarki:

środa, 26 sierpnia 2009

wtorek, 24 marca 2009

Zdjęcia z koncertu Habakuka

Zdjęcia z koncertu Habakuka w Łykendzie znajdziecie właśnie tutaj

P.S. Greetings for people from Melbourne, Victoria, Australia ;)

środa, 25 lutego 2009

Paraliż Band – Vintage



Na pierwszy rzut oka nazwa Paraliż Band przywodzi na myśl kapelę punkową, jednak nic bardziej mylnego, gdyż jest to jeden z najlepszych polskich zespołów wykonujących... roots reggae.
W pewnym sensie jednak skojarzenie takie jest trafne, gdyż zanim skrzepła obecna forma muzyczna, Paraliż imał się punk rocka i ska. ale w obecnej formie prezentuje się najlepiej i ma grono wiernych fanów, nie tylko w okolicach Torunia, skąd pochodzi.
Z dumą muszę przyznać, że płytę Vintage nabyłem w dniu jej premiery – na festiwalu Afryka (który swoją drogą również polecam, chociaż odbywa się w środku sesji zimowej), zdobywając przy tym autografy muzyków. Nie miałem wątpliwości czy opłaca się wydać te 30 zł, gdyż niektóre piosenki słyszałem już wcześniej w Polskim Radiu Euro - w audycji Makena, a także na profilu MySpace zespołu. Materiał ten zapowiadał świetnie brzmiącą płytę w klasycznym, wailersowskim stylu. Moje przewidywania spełniły się w 100%! Płyta utrzymana jest w spokojnym, wolnym rytmie, przepełniona przyjemnymi melodiami. Warto zauważyć, że zespół postarał się o to, aby krążek brzmiał na tyle analogowo, na ile może w ten sposób brzmieć płyta kompaktowa. Swoją drogą niewykluczone jest też wydanie w niedalekiej przyszłości singla z jedną z piosenek na winylu. Na jakość materiału wpłynęły niewątpliwie nagrania w Studiu im. Toma Waitsa (Vintage Records, skąd też tytuł albumu). Upodabnia to dodatkowo brzmienie do słynnego zespołu Boba Marleya. Nie można jednak Paraliża uznać za kalkę legendarnej grupy, gdyż wypracował bardzo ciekawy i oryginalny styl.
Przede wszystkim należy pochwalić zespół za to, że nie boi się śpiewania po polsku, co wbrew pozorom często może sprawiać więcej trudności niż wykonywanie piosenek po angielsku. Z dwunastu kawałków na płycie aż dziesięć jest w naszym ojczystym języku, a zaledwie dwie w mowie Szekspira. Teksty są poetyckie, a przy tym także mądre i pogodne, zaś łagodny głos wokalisty – Krzysztofa Rygielskiego – tylko dodaje im uroku.
Album rozpoczyna Jah can stop the tears. Delikatną pulsacją i pozytywnym przekazem, który jest obecny we wszystkich numerach na krążku, świetnie wprowadza w klimat. Drugi kawałek – Mistrz świata – nieco szybszy, jest moim ulubionym na tej płycie, chociaż właściwie każdy z nich można by tak nazwać. Kolejne należące do najlepszych moim zdaniem to Sprawca radości, Nie złamiesz mnie (utrzymany w bardzo wailersowskim stylu, polecam porównać z Burnin' and Lootin'), Baby (bardzo ładny lovers po angielsku) i ostatni na płycie - Więcej miłości.
Gorąco polecam tę płytę, świetna na póki co jeszcze długie i póki co zimowe wieczory, pomoże oczyścić umysł ze wszystkich zmartwień i zwyczajnie wnieść więcej ciepła do naszego życia. Warto też wybrać się na koncert.