Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Unia Europejska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Unia Europejska. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 27 maja 2014

Dlaczego nie płakałem po niskiej frekwencji

Jak to zwykle bywa, zaraz po przedwczorajszych wyborach do Europarlamentu, rozległ się niesamowity lament nad frekwencją, która wyniosła 23,83%, co znaczy, że w wyborach wziął udział co piąty uprawniony. W moim mieście frekwencja była jeszcze niższa - 18,39%. Moim zdaniem płacz i oburzenie są tu zupełnie bezzasadne.

wtorek, 4 października 2011

Unia przeciw "umowom śmieciowym"

Jest jakaś dziwna zależność, że nasi umiłowani przywódcy dają nam jakieś wydumane "prawa" jednocześnie zabierając nam po kawałku wolność. Oczywiście wszystko w imię tych wydumanych "praw" i obowiązku zapewnienia ich wszystkim. Zupełnie inną kwestią jest także to, że w socjalizmie bohatersko walczy się z problemami nieistniejącymi w żadnym innym ustroju. Nic więc dziwnego, że nad takim problemem postanowił pochylić się nasz umiłowany rząd brukselski.
Przewodniczący Parlamentu Europejskiego (a ongiś premier RP)
Jerzy Buzek uważa, że w ciągu 2-3 lat w sposób prawny powinien zostać rozwiązany na szczeblu UE problem umów śmieciowych.
Co to za problem, że potrzeba aż "sposobów prawnych"? I czym, do diabła, są te "umowy śmieciowe"? Tego drugiego oczywiście nikt z używających tego określenia nie raczy sprecyzować, chociaż oczywiście nietrudno się domyślić, że chodzi o umowy zlecenia i umowy o dzieło. Problemy zaś JE Jerzy Buzek określa w następujący sposób:
Musimy dać ludziom szansę, by uwierzyli, że budują własną przyszłość. Gdy są wykluczeni poprzez specyficzne umowy, które nie dają świadczeń i szansy na przyszłość, to nie jest to rozwiązanie właściwie.
Dalej Pan Przewodniczący ciągnie:
To nie są dobre warunki. Nie można przykładowo brać kredytów.
Co rozjaśnia (przynajmniej częściowo), że skandalicznym jest niemożność zadłużenia się przez pracownika pracującego na taką umowę.

Nie jest możliwe sterowanie pozytywne gospodarką, jeśli nie będzie zadowolonego, pełnego nadziei pracownika, który wie, że nie odrzucono go na boczny tor.
Oczywiście tutaj szef Europarlamentu ma całkowitą rację. Najłatwiej jest sterować "zadowoloną, pewną przyszłości" masą, niż milionami niezależnych jednostek, które podejmują indywidualne decyzje (czasem ryzykowne), np. co do tego, jakie umowy zawierają między sobą.
Rzecz jasna popularność tego typu umów wynika nie z jakiegoś wydumanego wyzysku klasy kapitalistycznej nad pracownikami, lecz z próby ucieczki przedsiębiorców w ostatnie miejsce wolne od terroru związków zawodowych i absurdalnych praw pracowniczych, które zabraniają im prowadzić skuteczną politykę kadrową we własnej firmie. Z drugiej zaś strony mnóstwo pracowników nie mogłoby liczyć na zatrudnienie na tzw. "lepszych warunkach" (czyli wg przeciwników "umów śmieciowych - na umowę o pracę), bo koszta ich zatrudnienia przewyższałyby (czasem nawet wielokrotnie) przychód, który mogliby wygenerować dla pracodawcy. Ale oczywiście dla eurokratów lepiej jest trzymać tych ludzi na zasiłku, płacąc im za bezrobocie.

środa, 6 lipca 2011

Narkoeuroentuzjazm

Dawno już nie pisałem, toteż postanowiłem skrobnąć coś machnąć, cobyście, Moi Drodzy Czytelnicy, nie nabrali obaw co do tego, że wciąż żyję. Wczoraj miałem okazję zobaczyć fragment programu Fakty po Faktach,  w którym wzięli udział p. Monika Richardson  i p. Krzysztof Bosak.


Muszę przyznać, że euroentuzjazm p. Moniki, znanej chyba głównie z prowadzenia programu "Europa da się lubić" (chyba że nie), zahacza o coś, co można by nazwać nawet eurohajem, co jest trochę dziwne w kraju, który otwarcie walczy z tzw. dopalaczami i w którym policja (zamiast ścigać złodziei i morderców) poluje na dzieci posiadające mikroskopijne ilości suszu konopii indyjskich. Nic dziwnego, że w zderzeniu z argumentacją p. Krzysztofa mogła co najwyżej głupio się roześmiać opowiadając o jakichś "brunatnych koszulach", Żydach, gejach i rzekomej "wolnościowej idei" Unii Europejskiej. Wygląda na to, że podobną "narkotyczną" postawę reprezentują wszyscy tzw. "euroentuzjaści", bo doprawdy ciężko jest mi zrozumieć jak można w tak ignorancki sposób lekceważyć obecnej sytuacji i kierunku, w którym zmierza ten dziwny twór.

środa, 24 listopada 2010

To nie kapitalizm


Wiele wody w Odrze tudzież rzece Ełk upłynęło od mojego ostatniego wpisu. Brak weny, brak zapału, brak czasu. Możecie to tłumaczyć jak sami chcecie. Postaram się odrobić zaległości w najbliższym czasie. Najpierw wezmę na warsztat temat, który uważam za najpilniejszy i najważniejszy.


Często, gdy spotykam się w różnej przestrzeni z różnymi oponentami kapitalizmu dochodzę do wniosku, że nie mają oni kompletnie pojęcia na czym kapitalizm polega, mylą go oczywiście zazwyczaj z korporacjonizmem. Często jako argument przeciw kapitalizmowi słyszę o różnych niemoralnych poczynaniach żądnych zysków korporacji. Jest to o tyle zabawne, że trudno o lepszy argument ZA kapitalizmem. 
Oczywiste jest, że dużym korporacjom nie zależy na tym, aby gospodarka była kapitalistyczna. Na wolnym rynku utrzymanie takiego molocha, często niemal monopolisty, byłoby niezwykle uciążliwe, zaś mniejsze, dynamiczne spółki, z łatwością przełamałyby bariery wejścia i zagarnęły spory kawałek rynku dla siebie. Wyszłoby to na zdrowie zarówno dla konsumentów, o których wielkie firmy musiałyby rywalizować z małymi, jak i zapewne dla samych korporacji, które może zrzuciłyby z siebie skostniałą skorupę. A na pewno byłoby to uczciwsze. 
Niestety - w Polsce, jak i w większości państw świata, o takim stanie rzeczy nie ma mowy. Rządy prześcigają się w wymyślaniu coraz to nowych ograniczeń dla wolnego rynku. Jak łatwo się domyślić - na zlecenie, czy może raczej aprobatą niechętnych konkurencji podmiotów gospodarczych. 
Przejdźmy jednak do konkretów. Od jakiegoś czasu niepokoi mnie co znowu chcą przepchnąć ćwoki z Brukseli, tym razem pod bardzo widocznym patronatem wielkich koncernów farmaceutycznych. 1. kwietnia 2011 ma wejść w życie dyrektywa w sprawie tradycyjnych ziołowych produktów leczniczych, na podstawie której zioła lecznicze, pomimo (kilku)tysiącletniej tradycji stosowania, będą musiały być poddawane testom podobnym jak w przypadku leków syntetycznych (!), aby były dopuszczone do obiegu. Z uwagi na koszt takich testów (od około 370 000 zł do 550 000 zł - źródło) oznaczałoby to de facto delegalizację ziół i produktów ziołowych. W taki oto wygodny sposób koncerny farmaceutyczne chcą się pozbyć niewygodnej konkurencji, która często leczy równie skutecznie, a bez skutków ubocznych. Strach pomyśleć jakie mogą być skutki takiej dyrektywy, jeżeli będzie bardzo surowo respektowana...

środa, 6 maja 2009

Zwycięstwo wolnego Internetu




Z informacji, które dobiegają z różnych źródeł (m.in. z bloga europosłanki, Pani Lidii Geringer de Oedenberg oraz Strony Partii Piratów) można wywnioskować, że udało się obronić Internet przed zakusami korporacyjnymi i możliwością ograniczenia dostępu do niego. Na stronie PP możemy przeczytać:
Dobra wiadomością jest to, że poprawki nie zostały przyjęte. Złą wiadomością jest to, że debata na temat Pakietu bezie trwać nadal podczas Szwedzkiej prezydencji, gdyż Pakiet nie został odrzucony jako całość. Z tego wynika, że walka o wolność internetu nie została zakończona.

Na stronie Parlamentu Europejskiego zaś znalazłem tekst, który może rzucić trochę światła na sprawę:

Poseł Malcolm Harbour: "internet musi być wolny, lecz nie pozbawiony regulacji"

"Pakiet Telekomunikacyjny nie miał, i nie ma nic wspólnego z ograniczaniem korzystania z internetu", wyjaśnia Malcolm Harbour. Brytyjski poseł przygotował sprawozdanie o ochronie praw konsumenta, które stanowi część pakietu. We wtorek rano rozpoczęła się w Parlamencie debata nad gruntowną reformą europejskiego rynku telekomunikacji. Nowe przepisy ułatwią nam korzystanie z nowoczesnych technologii. Posłowie uważają, że swobodny dostęp do sieci jest fundamentalnym prawem każdego obywatela.

Dostęp użytkowników do elektronicznych usług telekomunikacyjnych był w ubiegłym tygodniu jedną z najdłużej dyskutowanych kwestii w negocjacjach Parlamentu z czeską Prezydencją Unii Europejskiej. Wiadomo, że ministrowie państw członkowskich domagali się większej kontroli. Co wynegocjowany z Pakiet Telekomunikacyjny mówi o dostępie do Internetu?

Pakiet dyrektyw, nad którym pracujemy, nie dotyczy egzekwowania praw autorskich. Parlament nie może wymusić na państwie członkowskim, by w taki, czy inny sposób urządziło swój własny system sądowniczy. Wynika to bezpośrednio z podstawowej zasady pomocniczości.

Udało nam się osiągnąć absolutna jasność, co do tego, iż dostęp do internetu stanowi jedno z praw podstawowych każdego z obywateli Unii Europejskiej i w ten sposób podlega ochronie na mocy Europejskiej Konwencji Praw Człowieka.

To rządy narodowe zajmują się ewentualnym ograniczaniem dostępu do sieci. Nie ma w tej dziedzinie zaleceń na poziomie Unii Europejskiej. Dlatego na przykład we Francji zablokowany został dostęp do stron handlujących nazistowskimi pamiątkami - zadecydował o tym rząd francuski.

Na poziomie europejskim możemy jedynie wymagać, by konsumenci otrzymywali informacje o zablokowanych stronach. Użytkownik ma prawo wiedzieć, czy i dlaczego dostawca internetu ogranicza dostęp do pewnych stron.

W sieci krążą plotki, że nowe przepisy wprowadzą warunkowy dostęp do internetu, dostawcy będą mogli ograniczać ilość odwiedzanych stron, czytamy o podziale internetu na "pakiety", blokowaniu dostępu do Skype'a. Czy wolność internetu naprawdę jest zagrożona?

To już czysta fantazja. Pakiet Telekomunikacyjny nigdy nie miał nic wspólnego z ograniczaniem internetu. Niezwykle zaskoczyła mnie treść tekstu, który rozpowszechnia organizacja Blackout Europe. W tej propozycji nie ma nic na ten temat.

Jakie korzyści pakiet przyniesie konsumentom?

Konsumenci uzyskają bardziej otwarty i przejrzysty dostęp do informacji, co ułatwi im na przykład zmianę dostawcy. Przed podpisaniem umowy, dostawca będzie musiał poinformować klienta, na jak długo wiąże się z wybraną usługą. Ten czas się także skróci. Dzięki nowym przepisom operator będzie mógł wymagać od klienta maksymalnie 24 miesięcy lojalności. W dzisiejszym dynamicznym świecie, dłuższa umowa przykuwa nas do jednego miejsca i zniechęca do zmian.

Równocześnie łatwiej będzie przenieść swój numer telefonu do innej sieci. Operatorzy komórkowi będą musieli przepisać nasz numer w ciągu jednego dnia roboczego. Poprawiliśmy również jakość usług alarmowych. Telefon będzie podawał położenie dzwoniącego służbom ratunkowym, często jest to kwestia życia lub śmierci.

Wzmocniliśmy przejrzystość planów taryfowych, Pakiet promuje strony internetowych porównywarek cen usług i pozwala krajowym organom regulacji telekomunikacji nakładać na operatorów obowiązek zapewnienia usługi osobom niepełnosprawnym. Konsumenci będą mogli negocjować cenę z operatorem, jeśli ich miesięczne rachunki przekraczają określoną sumę. Jeśli zdarzy się, iż dostawca internetu ujawni przez przypadek dane klienta w sieci, będzie musiał o tym poinformować poszkodowanego i wyjaśnić incydent.

Czy internet powinien podlegać jakiejś formie kontroli?

Internet nie może pozostawać kompletnie bez kontroli, chociażby dlatego, że wykorzystywany jest również do celów bezprawnych, takich jak działalność terrorystyczna, rozpowszechnianie dziecięcej pornografii, handel dziećmi i tym podobne.

Jako podstawową zasadę możemy przyjąć, że internet powinien zawsze być wolny, co nie znaczy, że pozbawiony jakichkolwiek regulacji.


Z mojej strony mogę dodać tylko, że jestem zażenowany poziomem informacji, jakie o tej sprawie przekazywała w swoich serwisach informacyjnych Telewizja Polska. Przedstawiła ona protestujących internautów jako piratów, czyli przestępców, którzy nie chcą wprowadzenia przepisów uniemożliwiających im popełniania przestępstwa. Oto co podały Wiadomości:

Totalna niekompetencja i stronniczość dziennikarzy TVP wyszła dodatkowo w drugim serwisie tej stacji, Panoramie:

Tutaj na koniec pojawiają się, nie wiedzieć skąd, kosmiczna suma 130 mln dolarów (tak, jakby każdy, kto nie ściągnie płyty z sieci kupił ją w sklepie) oraz 3,5 tys. miejsc pracy. Oczywiście źródło takich groteskowych danych nie zostało podane.
Jaka będzie przyszłość sieci w Europie? Naobecną chwilę nie wiadomo, ale sądzę, że powinno się rozważnie wybierać europarlamentarzystów w nadchodzących wyborach.

poniedziałek, 27 kwietnia 2009

Internet pod nadzorem?


Jak się dzisiaj dowiedziałem (może trochę późno, ale zawsze), Parlament Europejski niebawem (5 maja) ma podjąć decyzję w szalenie ważnej dla przyszłości Internetu sprawie:
Brukselscy oficjele postanowili ograniczyć nam dostęp do Internetu i podzielić go na tak zwane "pakiety". Co to oznacza w praktyce? Daje to prawo dostawcom usług internetowych na ograniczony dostęp do zasobów światowej sieci. Przykładowo w najtańszym pakiecie dostaniesz dostęp do jednych, a do innych witryn już nie - zależy to od zasobności portfela właściciela portalu. Może się zdarzyć, że dostęp do niszowych, ale jakże ważnych dla Ciebie witryn będzie zablokowany. Winne są korporacje, które lobbują na rzecz tych zmian pod pretekstem obrony przed piractwem. Jest prawie pewne, że dostęp do sieci p2p zostanie zablokowany, bo żadnemu usługodawcy nie będzie się to opłacać.
(cytat ze Strony Partii Piratów)

Skąd biorą się tego typu pomysły w Parlamencie? Najprawdopodobniej z lobbingu dużych korporacji branży telekomunikacyjnej (wśród nich wymieniane są m.in. Orange oraz Telefonica) i fonograficznej, które swoją drogą już przepchnęły kilka przepisów, które pod przykrywką walki z piractwem ograniczają swobodę internautów (przykład).
Jak można przeczytać w Dzienniku Internautów:
Według obserwatorów, jeśli nowe prawo zostanie przyjęte, to różni użytkownicy mogą mieć dostęp do różnych usług. W takiej sytuacji może dojść do zahamowania rozwoju e-handlu, bo dostawca internetu może dać fory wielkim sklepom, które podpisały z nim umowę. Istnieje zagrożenie, że nie będą mogły rozwijać się startupy, bo nie będzie ich stać na płacenie za uprzywilejowaną pozycję. Zagrożone są usługi VoIP, bo dostawcy internetu (nierzadko będący także operatorami telefonicznymi) będą mogli ograniczyć do nich dostęp.
Oznaczało by to podkopanie bardzo dynamicznie rozwijającej branży, z której wyrosły m.in. takie giganty jak Google, co w dobie kryzysu wydaje się już być skończoną głupotą.

Co prawda chyba trudno mówić jeszcze o sytuacji podobnej do tej w Chinach, gdzie to rząd blokuje obywatelom dostęp do pewnych zasobów sieci (przy czym niektóre koncerny ochoczo go w tym wspierają, zapewne za niemałą kaskę), jednak byłby to pierwszy krok w stronę znacznego ograniczenia i zwiększenia podziałów wśród użytkowników, co znacznie zmniejszyło by potencjał, jaki reprezentuje obecnie globalna sieć.
Dlatego też proszę tych, którzy to czytają o zapoznanie się z materiałami na poniższych stronach:

http://stopcenzurze.wikidot.com/
http://blackouteurope.pl/

a także, jeśli możecie, podpiszcie się pod listem otwartym do polskich europosłów. Akcja taka moim zdaniem, w przeddzień wyborów, kiedy politykom raczej bardzo zależy na poparciu elektoratu, którego internauci stanowią pokaźną część, powinna przynieść skutek. Ważne jest jednak, aby o sprawie tej dowiedziało się możliwie dużo ludzi. Wiadomo, że takie zarządzenia najlepiej wprowadza się po cichu, tylnymi drzwiami, zaś skutki jego mogą być opłakane.
Jak widzicie, ja jestem raczej w takich sprawach (jak i w innych) optymistą.
Pozdrawiam
Ahoj!
P.S. Z tego co wiem, planowane są również protesty w Warszawie, 3. maja, czyli w niedzielę