Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reggae. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reggae. Pokaż wszystkie posty

środa, 11 lutego 2015

Audycja "Pozytywnie nastrój!" w Radiu Bayer fm

Zapraszam do wysłuchania nagrania poniedziałkowej audycji "Pozytywnie nastrój!" w radiu Bayer fm :)
Tym razem wspominałem Boba Marleya, który w poprzedni piątek obchodziłby swoje 70. urodziny :)

Tytułem wstępu polecam obejrzeć ten klip:

środa, 7 stycznia 2015

Nowa audycja w Nowym Roku 2015!


Witam w nowym roku! Prezentuję ostatnią audycję reggae w Radiu Bayer fm. Tym razem poruszyłem temat obchodów Bożego Narodzenia (Ganna) przez Rastafarian. Gościnnie pojawił się Khaes Gabriel. Zapraszam do odsłuchu!

czwartek, 21 sierpnia 2014

Audycje reggae w radiu Bayer FM

Od miesiąca jestem na stażu w ełckim radiu Bayer FM. Od dwóch tygodni mam również przyjemność prowadzić audycję reggae. Moich audycji możecie słuchać co poniedziałek o 19:00, w Ełku na częstotliwości 90,7 FM, a także w Internecie (z każdego miejsca na Ziemi :D).

czwartek, 7 lutego 2013

Zbychowlog #6 - Marleyki

Zasadniczo materiał wczorajszy. Zachęcam do obejrzenia i komentowania jak podoba się Wam taka forma blogowania/vlogowania w moim wykonaniu. Pozdrawiam!

niedziela, 21 października 2012

Bakshish w Łykendzie

Wczoraj byłem w Łykendzie na koncercie legendarnej grupy Bakshish. Jak to zwykle bywa w tym klubie - 20:00 jako godzina rozpoczęcia koncertu oznaczała, że zaczął się on jakieś 40 minut później.

sobota, 8 stycznia 2011

Jak żegnałem rok 2010


Nowy Rok mamy już od tygodnia, wypada więc przypomnieć w jaki sposób go przywitałem. Tym razem postanowiłem nie spędzać go upijając się na umór ani grając w FIFĘ czy RPG (nie żebym to uważał za jakiś niegodny sposób albo samą noc sylwestrową za jakąś szczególną). Spędziłem go w stolicy na imprezie Roots Revival i Fatty Fatty "New Years Eve Special".

sobota, 1 stycznia 2011

Wolność i Odpowiedzialność (piosenka)

Jeszcze w starym roku nagrałem z grupą S.O.S. kawałek "Wolność i Odpowiedzialność". Autorem riddimu jest Herbik. Całość zmontował Sebuhh. Życzę miłego odbioru :)
Znajdź więcej wykonawców takich jak Sebuhh w Myspace Muzyka

czwartek, 25 listopada 2010

Dubska - Loko-loko (recenzja)



Może to nie najświeższe wydawnictwo, bo od premiery krążka minęło już przeszło pół roku, jednak w moje ręce trafił dopiero teraz. Zresztą – trzecia płyta Dubska, wydana po pięciu latach od poprzedniej („Avokado”) to nie lada wydarzenie.
Fanom reggae zespołu Dubska nie trzeba przedstawiać. Bydgoską grupę można spokojnie zaliczyć do polskiej czołówki zespołów wykonujących jamajskomuzyczne gatunki. Zasłynęła również wspólnymi koncertami i płytą nagraną z liderem rosyjskiego zespołu Jah Division – Gerbertem Moralesem.
To co rzuca się od razu w oczy po sięgnięciu po płytę to ciekawy projekt okładki, nawiązującej do znaku drogowego „Uwaga pociąg!” z charakterystyczną czarną lokomotywą. Tutaj jednak parowóz jakby szykował się do odlotu, jego koła znajdują się nad linią szyn, a z komina bucha czerwony płomień! W środku pudełka zresztą możemy znaleźć również książeczkę ze zdjęciami zespołu na peronie dworca (prawdopodobnie bydgoskiego).
Nowy album może nieco zaskoczyć słuchaczy przyzwyczajonych do raczej korzenno-dubowych utworów grupy. Bowiem już pierwszy numer („Kujawiak”) porywa szybkim, skankującym rytmem. Również cover popularnego standardu jazzowego „All of me” (znanego m.in. z wykonania Franka Sinatry czy Louisa Armstronga) utrzymany jest w klimacie ska/rocksteady. Widocznie są to skutki romansu z Całą Górą Barwinków (wspólna trasa koncertowa „Kumple On Tour”). Na płycie znajdują się też utwory nie mieszczące się w klasyfikacji jako reggae – „Barcelona” przywodząca na myśl muzykę hiszpańską oraz funkujące „Gwan” (cover piosenki „Cool and calm” grupy Israel Vibration, dla mnie to największa niespodzianka z tym krążku) lub bluesujące „Whatever”. Udowadnia to, że zespół jest niekonwencjonalny i szuka wciąż nowych doświadczeń z brzmieniami. Także te bardziej „klasyczne” utwory Dubska robią bardzo dobre wrażenie. Trudno tu mi nawet jakieś konkretne wymieniać, bo każdy jest wyjątkowy, z ciekawym tekstem i przyjemną linią melodyczną.
Muszę przyznać, że o ile poprzednia płyta, „Avokado”, miała lepsze i gorsze strony i raczej rzadko po nią sięgałem, to najnowszy krążek Dubska wydaje mi się tym, do którego będę wracał często. Od chwili zakupu króluje w moim odtwarzaczu. Polecam!

wtorek, 6 lipca 2010

RealBeat Festiwal - Žízníkov u České Lípy

W niedzielę wróciłem z mojego pierwszego zagranicznego wypadu na festiwal, z Žízníkova pod Czeską Lipą.
 W zasadzie może nie mogę powiedzieć, że byłem na całym festiwalu, bo przyjechałem do Czeskiej Lipy dopiero w piątek wieczorem. Dojazd miałem pierwsza klasa, pociągami z biletem Euro-Nysa, przesiadając się w Görlitz, Zittau i Libercu (startowałem z Bolesławca). 

W Libercu miałem na tyle dużo czasu na przesiadkę, że postanowiłem odwiedzić pobliski sklep i zaopatrzyć się w regionalne przysmaki - Svijany (10%) i Bernarda (tutaj zaw. ekstraktu już nie pamiętam). Pozwoliło to, mimo upału, na całkiem przyjemną podróż, chociaż po tych smakołykach o mało nie wsiadłem przez pomyłkę do pociągu do Pragi. Na szczęście jednak znalazłem właściwą drogę, dzięki koleżance z organizacji festiwalu. Miejscowi przywitali mnie bardzo gościnnie, może nawet za bardzo. Co by tu dużo nie mówić - obudziłem się rano w śpiworze koło jakiegoś samochodu. Moi towarzysze bowiem tej nocy nie zdążyli jeszcze dojechać stopem z namiotem. Dotarli rano, zaraz po przebudzeniu poszedłem ich szukać i znaleźć. Z uwagi na upał, który trzymał właściwie cały dzień, postanowiliśmy udać się nad pobliską rzeczkę-błotniczkę. Strasznie zamulona rzeczka, ale można było się przynajmniej lekko obmyć i schłodzić. 
Po tej kąpieli postanowiłem wyruszyć do miasta na zakupy. Opróżniając plecak ze zbędnego bagażu ruszyłem raźnym krokiem w stronę Czeskiej Lipy, łapiąc szybko stopa, który podwiózł mnie prosto do Kauflandu, a tam - wszystko co najlepsze: Svijany, Bernardy, Primatory, a także inne prowianty. Powrót okazał się trudniejszy, gdyż nikt nie chciał mnie podwieźć. W południowym skwarze musiałem maszerować kilka ładnych kilometrów. Zresztą widać tę trasę na poniższej mapce.
Po powrocie poszliśmy z moimi koleżkami na teren festiwalu. Wykupiłem bilet na III dzień - 450 koron. Trzeba przyznać, że teren festiwalu robił wrażenie: około 5 scen, w tym jedna latino (super reggaetonowa selekcja cały dzień), jedna dubowa, oczywiście także scena główna, na której odbywały się koncerty. Wrażenie robiła także gastronomia, oferująca bardzo różnorodne jedzenie. My upodobaliśmy sobie najbardziej naleśniki smażone pod bardzo klimatycznym namiotem.
Dobrym pomysłem był skup zużytych kubeczków - za każdy dostawało się po 2 korony, co sprawiało, że po terenie festiwalu chodziło mnóstwo kubeczkozbieraczy, Łukasz, jeden z moich towarzyszy, uzbierał w ten sposób na kolejny festiwal. Dzięki takiemu zabiegowi na terenie festiwalu panował też porządek, którego wiele festów mogłoby RealBeatowi pozazdrościć.
Długo mógłbym pisać o tym, co działo się przez cały dzień, ale raczej nie byłby to zbyt ciekawy opis. Wystarczy, że napiszę, że w iście wakacyjnym stylu włóczyliśmy się tu i tam po terenie festiwalu i wokół niego. Muzyka prezentowana przez zespoły z głównej sceny była całkiem przyjemna, chociaż jakoś nie miałem ochoty bujać się pod sceną (powód prosty: okropny skwar i brak większej ekipy znajomych). Wspomnę może jeszcze tylko o głównym powodzie, dla którego tam pojechaliśmy: koncercie Toots & The Maytals. Ten prawdziwy klasyk muzyki reggae nie zawiódł swoich fanów, wykonując swoje największe hity, pokazując, że nawet jako 65-latek daje sobie świetnie radę na wokalu (towarzyszący Hibbertowi zespół składał się chyba wyłącznie z młodszych muzyków nie mających nic wspólnego z pierwszym, oryginalnym The Maytals). Momentami jednak wydawało się, że T&TM za bardzo odlatują w stronę bluesa, częste były długie solówki instrumentalne i wymyślne popisy wokalne Tootsa. Koncert oceniam w szkolnej skali na 4+, czegoś zabrakło, a może zbyt wiele się spodziewałem?
Do Bolesławca powróciliśmy tak samo, jak dojechałem - z tym, że tym razem przesiadki były idealnie niemal skomunikowane i cel osiągnąłem w zaledwie 3,5 godziny. Polecam czeskie festiwale, klimat jest wsaniały, no i te dziewczyny, naprawdę pełno pięknych dziewoi kręciło się tu i tam na festiwalu i poza nim :) 

poniedziałek, 8 marca 2010

Kalisz Trip

Wczoraj wróciłem z sobotniego wypadu do Kalisza, jak zapewne wiecie, najstarszego miasta w Polsce. Cóż mnie tam przywiało? Debiut znajomego rootsowego sound systemu!
W Kaliszu byłem po raz pierwszy. Przyjechałem do tego pradawnego grodu około godziny 10:20. Od początku mankamentem okazała się spora odległość centrum miasta od dworca kolejowego, jednak gnani głodem (bo na dworcu spotkałem już znajomą z forum RRR - Oliwię., przy czym należy zaznaczyć, że byliśmy gonieni moim głodem, bowiem to ja nie zdążyłem zjeść śniadania wcześniej) dotarliśmy w końcu na rynek (w rzeczywistości ratusz jest prosty).
LinkJak wcześniej wspomniałem, głodny byłem jak nie wiem, toteż rozpoczęliśmy poszukiwania jakiegoś miejsca gdzie można zjeść coś sycącego i zarazem niedrogiego. Trafiliśmy do restauracji TEXAS na rynku, całkiem ciekawie urządzony w stylu kowbojskim lokal z intrygującymi nazwami dań. W końcu zdecydowałem się jednak na Twistera.
Po pierwszym posiłku postanowiliśmy się porządnie powłóczyć po mieście. Czasu było na to sporo, w zasadzie cały dzień.

Prowadzeni przez Niewiedzę (ten na lewo)......trafiliśmy do City Jungle, gdzie miałem okazję napić się (swojej) yerby.

Reszta dnia upłynęła na spacerach po kaliskim parku, jedzeniu najgorszej pizzy jaką miałem okazję jeść w życiu i pomocy w noszeniu sprzętu do klubu.
Aż w końcu nadszedł wieczór, więc przyszedł czas, byśmy posileni yerba mate...
...wyruszyliśmy do pubu "Pod Klonami", gdzie powoli Jah Khaes, Qbafari i Guma rozkręcali imprezę.




Co tu dużo gadać, chłopaki mają całkiem niezłą selekcję, chociaż z pewnością brakuje im jeszcze odrobiny scenicznego obycia, pewności siebie. Mimo to uważam, że impreza była przednia.
Po zakończeniu części rootsowej zaczęła się część dubstepowa, momentami zdecydowanie dla mnie za ciężka. Zresztą dopadło mnie zmęczenie, można powiedzieć że snułem się z jednego miejsca w drugie, próbując to zagadać z kimś, to znaleźć miejsce na drzemkę.
W końcowej fazie imprezy leciały już całkiem spokojne duby, co pozwoliło na zchilloutowanie się na kanapie.

A potem przyszedł poranek...
Jak podsumuję ten wyjazd? Było wybornie, poznało się ciekawe miejsca, posłuchało całą masę świetnej muzyki, powłóczyło w doborowym towarzystwie. Ogólnie spoko!

poniedziałek, 14 grudnia 2009

KaCeZet & Dreadsquad – Stara szkoła (recenzja)



Wielki powrót starej szkoły!

MMF i KaCeZet zabierają słuchacza w muzyczną podróż na Jamajkę lat 80. w starym dobrym.... polskim stylu!

Jak sam tytuł wskazuje, krążek utrzymany jest w oldschoolowej stylistyce raggamuffin z lat 80. poprzedniego wieku, nietrudno wychwycić w utworach nawiązania do gwiazd takich jak Yellowman, Eek-A-Mouse oraz do riddimów z tamtego okresu, np. słynnego Sleng Tenga. Jest też kilka kawałków w bardziej współczesnej formie, wpisujących się w bardziej ogólnie rozumiane reggae, z elementami dubu, a nawet ska. Jak przystało na taką muzykę, rytmy z płyty idą w biodra i z pewnością poruszą niejednego (i niejedną) do tańca.

Gdy tylko usłyszałem (a właściwie przeczytałem) pierwsze sygnały o tym, że KaCeZet nagrywa płytę z Dreadsquadem, wiedziałem że będzie to bardzo ciekawa pozycja. Gdy na MySpace pojawił się przedpremierowy odsłuch całej (!) płyty, byłem już pewien, że jest to jedna z najlepszych płyt tego roku! Kompozycje Marka „MFFa” Bogdańskiego świetnie współgrają z charakterystycznym wokalem Piotra „KaCeZeta” Kozieradzkiego. W warstwie muzycznej nie brakuje smaczków w postaci dźwięków z syntezatora Casio mt-41 (brata legendarnego Casio mt-40, na którym powstała większość znanych riddimów z lat 80.), taśmowych pogłosów i innych efektów. Bez tych wszystkich dźwiękowych bajerów z pewnością płyta nie byłaby aż tak klimatyczna.

Warstwa wokalna nie ustępuje wcale tej instrumentalnej. KaCeZet jest bardzo zdolnym wokalistą, który potrafi nawijać jednocześnie bardzo dynamicznie i melodyjnie, w dodatku jest dobrym tekściarzem (teksty są ewidentnym atutem płyty: dowcipne, błyskotliwe, w luźny sposób poruszające wiele życiowych kwestii, m.in. związanych ze stosunkami damsko-męskimi). Swoboda, z jaką posługuje się językiem polskim, dość trudnym do nawijania, robi wrażenie (a warto zauważyć, że wszystkie piosenki są w naszym ojczystym języku, więc dla każdego powinny być zrozumiałe).

Krążek rozpoczyna się od kawałka Kłaniam się nisko, który jest hołdem złożonym starym wykonawcom z Jamajki, prekursorom raggamuffin. Wątek ten przewija się jeszcze w kilku piosenkach. KaCeZet nawija w typowym dla okresu świetności tych artystów stylu, nie tracąc przy tym swojego oryginalnego charakteru. Drugi numer to piękny lovers Dla dziewczyny. Trzeci utwór nosi tytuł Dla moich ludzi. Jest szybszy, więcej w nim współczesnych efektów na wokalu. Podobnie kolejny – Gadżet i kicz – w dowcipny sposób komentujący różne akcje promocyjne, które atakują nas ze wszystkich stron. Podobnych tanecznych humorystycznych kawałków na płycie jest jeszcze kilka (chociażby promujący album na singlu Czego ona chce czy opowiadający o perypetiach związanych z Wojskową Komendą Uzupełnień WuKaU), jednak lepiej po prostu ich posłuchać niż czytać ich opisy w recenzji. Ostatni na krążku jest instrumentalny dubowy utwór, będący wersją znanego jazzowego standardu Juana Tizola – Caravan. To kolejne nawiązanie do tytułowej „starej szkoły”.

Płyta jest, moim zdaniem, strzałem w dziesiątkę! Wypełnia niszę, która nie była wcześniej prawie w ogóle zagospodarowana w polskiej muzyce reggae, na dodatek w świetnym stylu. Serdecznie polecam, a jeśli nie wierzycie to posłuchajcie na stronie http://www.myspace.com/kacezet .

niedziela, 22 listopada 2009

Ras Luta - Jeśli Słyszysz (recenzja)



Tuż po premierze nowego krążka Ras Luty reggae'owe fora internetowe zalała fala komentarzy, głównie negatywnych, że płyta średniawa, nie najlepsza itd. Czy może być coś bardziej zachęcającego do jej przesłuchania?

Luta działa na polskiej scenie reggae już od 2004 roku, zaczynał od występów z toruńskimi sound systemami. Jego debiut, jeśli chodzi o profesjonalne nagrania, miał miejsce na płycie Dreadsquadu Dread za dreadem. Od października 2005 współpracuje z grupą EastWest Rockers, z którymi nagrał dwie płyty. Pojawił się także na płycie Polski Ogień, na której do niemieckich riddimów nawijali polscy wykonawcy i gościnnie na wielu innych projektach, o których nie ma tu miejsca pisać. Tyle tytułem wstępu dla tych, dla których ksywka artysty nic nie mówi.

Z tego co pamiętam, pierwszy raz usłyszałem tego wykonawcę na Ostróda Reggae Festiwalu 2006, w przerwie między zespołami Silverdread puszczał wówczas z czarnych płyt różne kawałki, między innymi właśnie Król Królów Ras Luty. Wpadało to w ucho, fajnie się tego słuchało, słychać było szczery, rastafariański przekaz. Od tego czasu artysta przeszedł długą drogę, według mnie niekoniecznie obierając dobry kierunek, bo idąc w stronę dancehallu i hip-hopu, co niezbyt mi się podoba. Na całe szczęście na nowym krążku Luta postanowił najwidoczniej powrócić do swojego dawnego modernrootsowego wizerunku, bo większość kawałków jest właśnie w tej stylistyce. Dobrze także, że nie użyto znanych, zagranicznych riddimów, które są jednocześnie już zużyte aż do znudzenia, lecz postawiono na polskich producentów. Pojawiają się także goście, jak np. raperzy z Hemp Gru (jak dla mnie – niepotrzebny dodatek, ale domyślam się, że takie featuringi wynikają z tego, że płyta wyszła z wytwórni PROSTO).

Album rozpoczyna piosenka Jeśli Słyszysz (od której wziął tytuł także cały krążek), Ciekawy riddim i całkiem niezły tekst pozytywnie nastawiają także do kolejnych kawałków. Dobrym pomysłem było też to, że Ras Luta zaczynał nim koncert w czasie One Love we Wrocławiu. To przyzwoity openingowy numer, który może rzeczywiście dobrze rozgrzać publiczność. Niestety po przesłuchaniu dalszych kawałków (Dar, Jedność, Miłość w każdym domu etc.) można odnieść wrażenie, że większość tekstów mówi o tym samym, o złym Babilonie, o JCM Hajle Sellasje i podobnych. Rymy też jakoś nie są zbyt powalające – dosyć proste i miejscami aż śmieszne. Warstwa tekstowa z pewnością nie jest zbyt mocną stroną, po pewnym czasie krążek staje się strasznie monotonny i nudny. Kontrowersyjnie stwierdzę, że uważam za jeden z lepszych kawałków Nie mam hajsu, właśnie za to, że nie jest taki moralizatorski, Luta oszczędza w nim słuchaczom różnych „słów mądrości”, za to opisuje zwyczajne życie, kłopoty finansowe, które każdemu się przydarzają, do tego na całkiem ciekawym riddimie. Na płycie nie zabrakło oczywiście ganja tune'a, a mianowicie W mojej głowie. Jest także kilka kawałków w stylistyce dancehallowej (Czas by świecić, Chodź, Miasto stoi w ogniu), ale są na tyle słabe (przynajmniej moim zdaniem), że nawet nie ma sensu się nad nim tu rozwodzić. Swoją drogą denerwujące są na tej płycie wstawki mówione na początku utworów w stylu: „To jest Luta....ej!”. Przecież wiadomo, czyja to płyta, a jeżeli występuje ktoś gościnnie to też można to sprawdzić, a po raz n-ty słuchanie czegoś takiego przy kolejnym utworze działa na nerwy.

Ogólne moje wrażenie po przesłuchaniu jest raczej na plus, ale bez rewelacji. Płyta dobra pod względem muzycznym, dużo ciekawych rytmów się na niej pojawia, Luta też całkiem nieźle na nich prezentuje się wokalnie. Minusem natomiast są monotematyczne teksty (chociaż z drugiej strony całe szczęście, że nie ma takich „kwiatków” jak „dla frajerów kula” itp., które miały miejsce na poprzedniej płycie EWR), drażni mnie również obecność hip-hopowców, ale to już może raczej mój indywidualny stosunek do takiej muzyki, wiem o tym, że są osoby, którym zabawy reggae z hip-hopem mogą się podobać.

niedziela, 15 listopada 2009

Row, fisherman, row...

Minęła kolejna, szósta edycja One Love Sound Fest. Muszę przyznać, że jestem bardzo zadowolony, wręcz szczęśliwy, że mogłem uczestniczyć w tym wydarzeniu muzycznym. Wybawiłem się za wszystkie czasy w rytmach muzyki, którą kocham, ponadto spotkałem się z kilkoma znajomymi i ogólnie miło spędziłem ten czas.
Zanim jednak zacznę zachwalać zespoły, które stały na całkiem przyzwoitym poziomie, polecą gromy na organizatorów, czyli Planetę Młodych. Przede wszystkim poziom cen piwa i wszelkich innych napojów w środku był skandalicznie wysoki! 6 zł za małą buteleczkę wody to jakiś skandal! 9 zł kosztował LECH w puszce, 8 zł lany (czyli wodny roztwór piwa). Na dodatek połowę stanowisk na korytarzu zajmowała firma propagująca palenie papierosów (z "freedom" w nazwie, szczyt hipokryzji). Na zewnątrz nie można było w czasie trwania festu wyjść, więc każdy kto czuł potrzebę jedzenia czy picia był skazany na narzucone absurdalne ceny. Mimo wszystko w porównaniu do poprzednich lat jest coraz lepiej, wreszcie występy trzymały się mniej więcej line-upu, koncerty zapowiadała kompetentna osoba (Silverdread z Love Sen-C Music), no i przede wszystkim wszyscy artyści wystąpili (pierwszy raz od 3 lat!)!
Poniżej opiszę jakie wrażenie zrobli na mnie poszczególni wykonawcy.

NDK - nie trawię tego zespołu, zresztą nigdy nie trawiłem i nie rozumiem szału jaki wywołują oraz tłumów, które przyciągają pod scenę. Owszem, są bardzo energiczni, nie można też powiedzieć że nie umieją chłopaki śpiewać, jednak moim skromnym zdaniem (a z pewnością nie jestem z nim odosobniony) ich teksty są bardzo słabe, o niczym, nie wspomnę już że od wielu lat w kółko śpiewają to samo. Dlatego też popatrzyłem sobie na fragment koncertu z trybun, patrząc na las rąk machających w rytm muzyki tej grupy, taki hiphopowy koncert w rytmach Jamajki...
Nie chciało mi się dłużej słuchać tej ekipy toteż zawinąłem się na scenę soundsystemową, gdzie akurat grał Junior Stress. Prezentował z początku kilka starych, klasycznych numerów, potem zaś sam złapał za mikrofon i zaczął śpiewać.
Niezbyt podobało mi się na sound systemach, bo było jakoś tak duszno, gorąco, tłoczno. Poszedłem rozejrzeć się za znajomymi, w tym czasie na scenie montowało się już United Flavour. Bardzo polubiłem tę grupę od czasu jak widziałem ich na Reggaelandzie w Płocku. Grają bardzo fajną, energiczną muzykę reggae z domieszkami akcentów latynoskich, na dodatek Carmen, ich wokalistka, śpiewa często w swoim ojczystym języku - hiszpańskim, co brzmi świetnie. Niestety, tym razem zespół nie zrobił na mnie tak dobrego wrażenia jak w lipcu na nadwiślańskiej plaży.
Po występie międzynarodowej grupy z Pragi przyszedł czas na grupę z USA - Groundation. Jest to jeden z tych zespołów, na które szczególnie wyczekiwałem i na które najbardziej liczyłem. Nie zawiodłem się! Amerykanie pokazali pełną klasę, zagrali bardzo rootsowo, z elementami dubu czy nawet jazzu, nie zabrakło instrumentalnych popisów solówkowych, poza tym głos Harrisona Stafforda, wokalisty zespołu, sam w sobie moim zdaniem jest fenomenalny.



Następnym artystą, który zaprezentował się na scenie był Dellé, członek zespołu Seeed. Wykonawca ten zrobił na swoim koncercie prawdziwe show! Przede wszystkim rzucało się w oczy, że wszyscy muzycy i sam wokalista zostali ubrani w tym samym, eleganckim, aczkolwiek nie sztywnym stylu. Sekcja dęta, składająca się z puzonisty i puzonistki nadawała nie tylko świetne brzmienie wykonywanym utworom, ale także wprowadzała elementy choreograficzne. Takie elementy sprzyjały loversowo-dancehallowym kawałkom tego artysty i ogólnie oceniam ten koncert jako bardzo dobry.
Gdy Dellé zszedł ze sceny, przyszła pora na gwóźdź programu - legendarną grupę The Congos z Jamajki. Na nich czekałem najbardziej i od pierwszego dźwięku wiedziałem, że będzie to niesamowite przeżycie. Na początku zagrali intro, taki krótki mix riddimów zespołu, pozwoliło to rozbujać publikę. Następnie wkroczyli czterej wokaliści grupy: Watty Burnett, Roydel Johnson, Cedric Myton oraz Kenroy Ffyffe. Tak! Czterech facetów po 60-ce, którzy śpiewali na głosy, poruszając się genialnie po scenie, jakby ich wiek nie miał najmniejszego znaczenia. Zespół wykonał większość swoich hitów, a także kilka nowych, nieznanych mi piosenek. Biła od nich niesamowicie pozytywna energia. Nie zabrakło oczywiście najbardziej znanego kawałka Congosów: Fishermana, wykonanego na końcu koncertu:

Jako ostatni na dużej scenie występował Ras Luta. Postanowiłem obejrzeć chociaż fragment jego koncertu, bo przymierzam się do zrecenzowania jego nowej płyty. Ogólnie rzecz biorąc koncert nie najgorszy, Luta miał całkiem niezły kontakt z publiką, której zgromadził pod sceną, zwłaszcza jak na porę, o której grał (koło 3:00), całkiem pokaźną ilość. Z drugiej strony śmieszne były jego teksty "Ej moi ludzie...", które powtarzał bez przerwy chcąc nawiązać kontakt z publicznością.
Na tym skończył się dla mnie tegoroczny One Love Sound Fest, przed opuszczeniem Hali zajrzeliśmy jeszcze do sali soundsystemowej, gdzie grał Jah Free. Puszczał stare dobre rytmy podśpiewując do tego. Niestety musieliśmy już się zbierać, chociaż słyszałem, że i tak długo już nie pograł.
Podsumowując, One Love może nie jest najlepiej zorganizowanym festiwalem (ba, jest jednym z gorzej zorganizowanych), jednak gwiazdy, które zostają na niego ściągnięte w tym roku zrekompensowały z nawiązką niedogodności spowodowane niekompetencją organizatorów. Wygląda na to, że za rok też pojawię się na nim.

piątek, 11 września 2009

22. rocznica śmierci Petera Tosha


Dzisiaj mija 22. rocznica dnia, w którym od kuli uzbrojonych bandytów w domu na Jamajce zginął jeden z najwybitniejszych twórców reggae, współzałożyciel grupy The Wailers, mistyk i propagator marihuany, Hubert Winston McIntosh, znany słuchaczom jako Peter Tosh.

Oszczędzę Wam opisywania życiorysu jednego z moich ulubionych wykonawców, zwłaszcza że takowe zostały już napisane przez ludzi, którzy lepiej się na tym znają tu i tu. Jednakże nie przeczę, że życiorys Petera jest wart uwagi, chociaż jeszcze bardziej warta uwagi jest jego muzyka, której przekaz jest wspaniałą spuścizną po nim. Dlatego też prezentuję poniżej kilka kawałków, które dla mnie są listą The Best of Peter Tosh


Stepping Razor (Chodząca Brzytwa) - mój ulubiony utwór Petera Tosha, z zadziornym tekstem, podnoszącym niewątpliwie pewność siebie. Mógłbym go słuchać godzinami.

Equal Rights (Równe Prawa) - kolejny numer Tosha, który uważam za jeden z najlepszych jakie stworzył, padają w nim mocne, ale i mądre słowa, że "wszyscy płaczą za pokojem, lecz nikt nie płacze za sprawiedliwością, ja nie chcę pokoju, tylko równych praw i sprawiedliwości". Bardzo dobry tekstowo kawałek, w który warto się wsłuchać, jak zresztą w każdy autorstwa tego artysty.

Downpressor Man (Ciemiężca) - kolejny świetnie pulsujący i z dobrym tekstem kawałek o ciemiężcy, dla którego nie ma ucieczki. Warto zaznaczyć, że wszystkie te 3 kawałki znajdują się na jednym krążku, a mianowicie Equal Rights.

Legalize It - najbardziej znany chyba toshowy ganja tune, swoją drogą chyba najbardziej znany ganja tune w ogóle. Nie jestem zasadniczo zwolennikiem i propagatorem legalizacji konopii indyjskich, jednak w tekście tego kawałka można zaobserwować opis społeczeństwa jamajskiego, w którym pali 70% społeczeństwa (od pielęgniarki po sędziów i policjantów), a jednak jest to nielegalne.

Rastafari Is - mocno korzenny i mistyczny kawałek, który moim zdaniem pozwala Toshowi spokojnie zająć miejsce wśród największych mistyków gatunku

wtorek, 8 września 2009

Polska-Jamajka - mniej znane historie

No proszę, nieźle się zdziwiłem grzebiąc przed chwilą w starych artykułach na Wikipedii, które kiedyś stworzyłem. Otóż okazuje się, że polska piosenkarka Antonina Krzysztoń sięgnęła swego czasu po piosenkę nie byle kogo, bo Ijahmana Leviego, bardzo ciekawego twórcę mistycznego roots reggae i zaśpiewała ją z polskim tekstem (chociaż niezbyt wiernym oryginałowi). Tu też wyłazi moja ignorancja, bo był to ponoć jedyny przebój tej wokalistki. No ale dajmy już spokój i posłuchajmy jak to wygląda w wersji Ijahmana:

I w wersji polskiej piosenkarki:

środa, 26 sierpnia 2009

poniedziałek, 17 sierpnia 2009

OSTRÓDA REGGAE FESTIWAL 2009


Dobiegł końca dziewiąty Ostróda Reggae Festiwal! Właśnie dzisiaj zmęczony trzydniowym podrygiwaniem do pozytywnych rytmów, dowlokłem się do domu. No i mam o czym opowiadać, bo to największe w Polsce święto muzyki reggae za każdym razem zostawia mnóstwo wspomnień. Do Ostródy dostałem się nie posiadając nawet wystarczających funduszy na zakupienie karnetu, na szczęście dzięki szczodrości współfestiwalowiczów nie sprawiło to większego problemu i na luzie ustawiłem się w okropnie długiej kolejce. Luz trwał aż do momentu, kiedy strażacy wpadli na "genialny" pomysł wjechania przez główną bramę festiwalową, przy której oczywiście były kasy i tłum ludzi czekających na karnety. Ścisk stał się ogromny i marzeniem stało się dostanie do środka z zaopaskowaną ręką. Niestety z uwagi na to, że człowiek w tłumie rzadko zachowuje się racjonalnie zajęło niemal godzinę zanim dostałem się do okienka kasy i zakupiłem trzydniowy karnet na festiwal. Należy przyznać, że kolejka do ostródowych kas jest jednak swoistym katharsis, jeżeli ktoś przeżyje to da radę ze wszystkim.

Z uwagi na to, że nie chcę Ciebie, drogi czytelniku zanudzać dokładnymi relacjami z mojego pobytu (np. "potem poszliśmy na piwo, następnie na koncert i pomyśleliśmy, że czas na piwo"), toteż ograniczę się do krótkiego porównania tej Ostródy z poprzednimi (a byłem tam już po raz czwarty, co daje mi prawo do prowadzenia takich analiz). Podstawową różnicą między tą, a poprzednimi edycjami było pole namiotowe, które tym razem nie znajdowało się nie na koszarach, lecz w pobliżu plaży miejskiej, nad jeziorem Drwęckim. Była to wada, gdyż oznaczało długie marsze, co wykluczało kompletnie krótkie wizyty w celu zostawienia lub wzięcia czegoś z namiotu. Z drugiej strony nowe pole było o niebo lepsze od tego, które było udostępnione w poprzednich latach. Przede wszystkim było o wiele większe, co dało znacznie więcej przestrzeni do rozbijania namiotów i wykluczyło wpychanie się "na chama" między i tak wąsko rozbite namioty, jak miało to miejsce w poprzednich latach. Poza tym z pola roztaczał się widok na jezioro, do plaży było bardzo blisko, bo tylko za płot. To ewidentne atuty tego miejsca.
W miejscu poprzedniego pola znajdowało się za to miasteczko gastronomiczno-sklepowe, gdzie można było zarówno całkiem nieźle zjeść (zarówno dla wegetarian i mięsożernych), chociaż może niekoniecznie tanio, a także zakupić mnóstwo gadżetów związanych mniej lub bardziej z tematyką festiwalu. Ale przejdźmy może do wykonawców, którzy utkwili mi w pamięci.
  1. Ragana - pierwszy zespół na ORF, który miałem niewątpliwą przyjemność zobaczyć, spokojny, pulsujący dub wprowadził mnie w całkiem dobry festiwalowy nastrój
  2. Marika & Ruff Radics - zaczęli całkiem ciekawie, bo od coveru starego hitu My Boy Lollipop, jednak później już mnie tak nie urzekło, wolę Marikę jednak w klubie, na małej przestrzeni, wydaje mi się to jej prawdziwym żywiołem
  3. Vavamuffin - byłem na fragmencie koncertu tylko, świetna jak zwykle energia i kontakt z publicznością, zasłużone drugie miejsce na European Reggae Contest, jednak widząc już ich po raz n-ty nie robią aż takiego wielkiego wrażenia jak za pierwszym.
  4. Hornsman Coyote - wprawdzie nie powalił mnie tym razem tak jak na koncercie we Wrocławiu, ale i tak dawał radę, trzymał poziom i wielokrotnie widziałem go bujającego się pod sceną i w innych miejscach, podobno pogrywał też z innymi soundami, za co mam do niego wielki szacunek, zresztą puzon ma wielki urok
  5. Dubtonic Kru - pokazali kawałek naprawdę dobrego jamajskiego rootsu i dubu, bardzo wysoki poziom wykonania, do tego jeszcze Roots Rock Reggae Boba Marleya na koniec, piękny koncert, na którym warto było być
  6. Tosh Meets Marley - wiele oczekiwałem od tego zespołu, o ile instrumentalnie dawali niewątpliwie radę, to wokal już nie porywał i niezbyt pasował mi do piosenek dwóch gigantów reggae, no i zabrakło mojego ulubionego kawałka Petera Tosha - Stepping Razor
  7. Jah Live - byłem na końcowej części występu tego brazylijskiego zespołu, ale należy przyznać, że wystarczyło to, aby przekonać się do ich muzyki i po chwili krzyczeć z całej siły "Jah Live, Jah Live", aby weszli znowu na scenę
  8. Rebel Control - trudno mi coś powiedzieć ponad to, że po prostu dobrze zagrali, z fajnym vibem, ciekawe było, że bodajże basista występował w kominiarce (zapewne jakiś związek z nazwą ;) )
  9. Overproof Sound System - wspaniała energia, dynamiczne kawałki, aż zacząłem się bać, że przez szaleństwo na ich koncercie zabraknie mi energii na następny zespól, czyli...
  10. Tiken Jah Fakoly - francusko-afrykański skład z wokalem przypominającym Alpha Blondy dał piękny korzenny koncert z niesamowitym klimatem, niestety moja znajomość francuskiego, a może raczej nieznajomość, trochę psuły mi odbiór, bo oprócz słów Africa i égalité prawie nic nie rozumiałem z tekstu. Jednakże to, co mogłem zobaczyć, czyli wspaniale poruszające się chórzystki i wokalistę w długiej szacie, wprawiało mnie w ewidentny zachwyt. Było to świetne zakończenie drugiego festiwalowego dnia.
  11. Roots Revival - tego było mi trzeba w niedzielę! Potężna dawka roots reggae i dubu podana przez ten sound była wręcz nieziemska! Co prawda namiot soundsystemowy był nagrzany przez słońce do granic możliwości, jednak nie przeszkadzało to we wspólnym podrygiwaniu do muzyki warszawskiego składu selektorskiego.
  12. Bob One - wystąpił razem z Moniką z Bakshisha, bardzo fajny i energetyczny koncert, chociaż tu już temperatura zmusiła mnie do ewakuacji i nie byłem na całym występie
  13. Junior Tshaka - o tym wykonawcy wiedziałem tylko tyle, że wygrał European Regggae Contest i jest ze Szwajcarii. Jak się okazało, nagroda ta została przyznana jak najbardziej słusznie, gdyż młody artysta pokazał bardzo ciekawą muzykę z użyciem akustycznych gitar
  14. Rastasize - mam szczerze powiedziawszy mieszane wrażenia. Wprawdzie nie można nic zarzucić muzykom z Jamajki, co najwyżej trochę Dawidowi Portaszowi, że trochę miejscami za bardzo wydziwiał wokalnie, ale jakoś nie porwały mnie ich piosenki, jakbym miał zanucić którąkolwiek to miałbym problem. Możliwe, że było to spowodowane zbyt dużą promocją, rozdmuchaniem, przez co spodziewałem się nie wiadomo czego.
  15. Joint Venture Sound System feat. Brother Culture - krótko napiszę tylko, że pokazali klasę, bardzo mocna selekcja
  16. Rootz Underground - to co się działo na tym koncercie przebiło chyba wszystko co pojawiło się na tym festiwalu. W trakcie koncertu wokalista zespołu powiedział "Security! Open the Gate!", po chwili można było zobaczyć tłum ludzi przeskakujących przez ogrodzenie pod scenę. W pewnym momencie publiczność (w tym ja) wkroczyła na scenę!! Nie sposób zapomnieć tego koncertu
  17. Iration Steppas - !!!!!!!!! Kolejny niesamowity występ! Brytyjski sound dał czadu na maksa, na koniec wkroczyła na scenę Yaz Alexander, publika nie chciała wypuścić brytyjczyków z namiotu wytrwale krzycząc "we want more!"


I to tyle jeśli chodzi o wrażenia z Ostródy! Myślę, że i tak rospisałem się na tyle, że ciężko będzie to wszystko ogarnąć za jednym razem.

Pozdrawiam słonecznie!

piątek, 3 lipca 2009

Notka z podróży



W chwili, gdy piszę te słowa jestem w drodze do Ostrowa Wielkopolskiego na festiwal Reggae na Piaskach. Mam za sobą pobieżne zwiedzanie Olsztyna (całkiem ładne miasto, trzeba kiedyś jeszcze tu zawitać może z aparatem), a przed sobą koło pięciu godzin jazdy samochodem. Pogoda dopisuje, toteż liczę na świetną zabawę!