środa, 11 lutego 2015
Audycja "Pozytywnie nastrój!" w Radiu Bayer fm
niedziela, 1 lutego 2015
Judgement Day Mixtape
W oczekiwaniu na następną audycję zapraszam do odsłuchania mojego pierwszego, skromnego mixtape'u ;)
wtorek, 27 stycznia 2015
środa, 7 stycznia 2015
Nowa audycja w Nowym Roku 2015!
czwartek, 21 sierpnia 2014
Audycje reggae w radiu Bayer FM
czwartek, 7 lutego 2013
Zbychowlog #6 - Marleyki
niedziela, 21 października 2012
Bakshish w Łykendzie
sobota, 8 stycznia 2011
Jak żegnałem rok 2010
Nowy Rok mamy już od tygodnia, wypada więc przypomnieć w jaki sposób go przywitałem. Tym razem postanowiłem nie spędzać go upijając się na umór ani grając w FIFĘ czy RPG (nie żebym to uważał za jakiś niegodny sposób albo samą noc sylwestrową za jakąś szczególną). Spędziłem go w stolicy na imprezie Roots Revival i Fatty Fatty "New Years Eve Special".
sobota, 1 stycznia 2011
Wolność i Odpowiedzialność (piosenka)
czwartek, 25 listopada 2010
Dubska - Loko-loko (recenzja)
wtorek, 6 lipca 2010
RealBeat Festiwal - Žízníkov u České Lípy
Do Bolesławca powróciliśmy tak samo, jak dojechałem - z tym, że tym razem przesiadki były idealnie niemal skomunikowane i cel osiągnąłem w zaledwie 3,5 godziny. Polecam czeskie festiwale, klimat jest wsaniały, no i te dziewczyny, naprawdę pełno pięknych dziewoi kręciło się tu i tam na festiwalu i poza nim :)
poniedziałek, 8 marca 2010
Kalisz Trip
Jak wcześniej wspomniałem, głodny byłem jak nie wiem, toteż rozpoczęliśmy poszukiwania jakiegoś miejsca gdzie można zjeść coś sycącego i zarazem niedrogiego. Trafiliśmy do restauracji TEXAS na rynku, całkiem ciekawie urządzony w stylu kowbojskim lokal z intrygującymi nazwami dań. W końcu zdecydowałem się jednak na Twistera.poniedziałek, 14 grudnia 2009
KaCeZet & Dreadsquad – Stara szkoła (recenzja)
Wielki powrót starej szkoły!
MMF i KaCeZet zabierają słuchacza w muzyczną podróż na Jamajkę lat 80. w starym dobrym.... polskim stylu!
Jak sam tytuł wskazuje, krążek utrzymany jest w oldschoolowej stylistyce raggamuffin z lat 80. poprzedniego wieku, nietrudno wychwycić w utworach nawiązania do gwiazd takich jak Yellowman, Eek-A-Mouse oraz do riddimów z tamtego okresu, np. słynnego Sleng Tenga. Jest też kilka kawałków w bardziej współczesnej formie, wpisujących się w bardziej ogólnie rozumiane reggae, z elementami dubu, a nawet ska. Jak przystało na taką muzykę, rytmy z płyty idą w biodra i z pewnością poruszą niejednego (i niejedną) do tańca.
Gdy tylko usłyszałem (a właściwie przeczytałem) pierwsze sygnały o tym, że KaCeZet nagrywa płytę z Dreadsquadem, wiedziałem że będzie to bardzo ciekawa pozycja. Gdy na MySpace pojawił się przedpremierowy odsłuch całej (!) płyty, byłem już pewien, że jest to jedna z najlepszych płyt tego roku! Kompozycje Marka „MFFa” Bogdańskiego świetnie współgrają z charakterystycznym wokalem Piotra „KaCeZeta” Kozieradzkiego. W warstwie muzycznej nie brakuje smaczków w postaci dźwięków z syntezatora Casio mt-41 (brata legendarnego Casio mt-40, na którym powstała większość znanych riddimów z lat 80.), taśmowych pogłosów i innych efektów. Bez tych wszystkich dźwiękowych bajerów z pewnością płyta nie byłaby aż tak klimatyczna.
Warstwa wokalna nie ustępuje wcale tej instrumentalnej. KaCeZet jest bardzo zdolnym wokalistą, który potrafi nawijać jednocześnie bardzo dynamicznie i melodyjnie, w dodatku jest dobrym tekściarzem (teksty są ewidentnym atutem płyty: dowcipne, błyskotliwe, w luźny sposób poruszające wiele życiowych kwestii, m.in. związanych ze stosunkami damsko-męskimi). Swoboda, z jaką posługuje się językiem polskim, dość trudnym do nawijania, robi wrażenie (a warto zauważyć, że wszystkie piosenki są w naszym ojczystym języku, więc dla każdego powinny być zrozumiałe).
Krążek rozpoczyna się od kawałka Kłaniam się nisko, który jest hołdem złożonym starym wykonawcom z Jamajki, prekursorom raggamuffin. Wątek ten przewija się jeszcze w kilku piosenkach. KaCeZet nawija w typowym dla okresu świetności tych artystów stylu, nie tracąc przy tym swojego oryginalnego charakteru. Drugi numer to piękny lovers Dla dziewczyny. Trzeci utwór nosi tytuł Dla moich ludzi. Jest szybszy, więcej w nim współczesnych efektów na wokalu. Podobnie kolejny – Gadżet i kicz – w dowcipny sposób komentujący różne akcje promocyjne, które atakują nas ze wszystkich stron. Podobnych tanecznych humorystycznych kawałków na płycie jest jeszcze kilka (chociażby promujący album na singlu Czego ona chce czy opowiadający o perypetiach związanych z Wojskową Komendą Uzupełnień WuKaU), jednak lepiej po prostu ich posłuchać niż czytać ich opisy w recenzji. Ostatni na krążku jest instrumentalny dubowy utwór, będący wersją znanego jazzowego standardu Juana Tizola – Caravan. To kolejne nawiązanie do tytułowej „starej szkoły”.
Płyta jest, moim zdaniem, strzałem w dziesiątkę! Wypełnia niszę, która nie była wcześniej prawie w ogóle zagospodarowana w polskiej muzyce reggae, na dodatek w świetnym stylu. Serdecznie polecam, a jeśli nie wierzycie to posłuchajcie na stronie http://www.myspace.com/kacezet .
niedziela, 22 listopada 2009
Ras Luta - Jeśli Słyszysz (recenzja)
Tuż po premierze nowego krążka Ras Luty reggae'owe fora internetowe zalała fala komentarzy, głównie negatywnych, że płyta średniawa, nie najlepsza itd. Czy może być coś bardziej zachęcającego do jej przesłuchania?
Luta działa na polskiej scenie reggae już od 2004 roku, zaczynał od występów z toruńskimi sound systemami. Jego debiut, jeśli chodzi o profesjonalne nagrania, miał miejsce na płycie Dreadsquadu Dread za dreadem. Od października 2005 współpracuje z grupą EastWest Rockers, z którymi nagrał dwie płyty. Pojawił się także na płycie Polski Ogień, na której do niemieckich riddimów nawijali polscy wykonawcy i gościnnie na wielu innych projektach, o których nie ma tu miejsca pisać. Tyle tytułem wstępu dla tych, dla których ksywka artysty nic nie mówi.
Z tego co pamiętam, pierwszy raz usłyszałem tego wykonawcę na Ostróda Reggae Festiwalu 2006, w przerwie między zespołami Silverdread puszczał wówczas z czarnych płyt różne kawałki, między innymi właśnie Król Królów Ras Luty. Wpadało to w ucho, fajnie się tego słuchało, słychać było szczery, rastafariański przekaz. Od tego czasu artysta przeszedł długą drogę, według mnie niekoniecznie obierając dobry kierunek, bo idąc w stronę dancehallu i hip-hopu, co niezbyt mi się podoba. Na całe szczęście na nowym krążku Luta postanowił najwidoczniej powrócić do swojego dawnego modernrootsowego wizerunku, bo większość kawałków jest właśnie w tej stylistyce. Dobrze także, że nie użyto znanych, zagranicznych riddimów, które są jednocześnie już zużyte aż do znudzenia, lecz postawiono na polskich producentów. Pojawiają się także goście, jak np. raperzy z Hemp Gru (jak dla mnie – niepotrzebny dodatek, ale domyślam się, że takie featuringi wynikają z tego, że płyta wyszła z wytwórni PROSTO).
Album rozpoczyna piosenka Jeśli Słyszysz (od której wziął tytuł także cały krążek), Ciekawy riddim i całkiem niezły tekst pozytywnie nastawiają także do kolejnych kawałków. Dobrym pomysłem było też to, że Ras Luta zaczynał nim koncert w czasie One Love we Wrocławiu. To przyzwoity openingowy numer, który może rzeczywiście dobrze rozgrzać publiczność. Niestety po przesłuchaniu dalszych kawałków (Dar, Jedność, Miłość w każdym domu etc.) można odnieść wrażenie, że większość tekstów mówi o tym samym, o złym Babilonie, o JCM Hajle Sellasje i podobnych. Rymy też jakoś nie są zbyt powalające – dosyć proste i miejscami aż śmieszne. Warstwa tekstowa z pewnością nie jest zbyt mocną stroną, po pewnym czasie krążek staje się strasznie monotonny i nudny. Kontrowersyjnie stwierdzę, że uważam za jeden z lepszych kawałków Nie mam hajsu, właśnie za to, że nie jest taki moralizatorski, Luta oszczędza w nim słuchaczom różnych „słów mądrości”, za to opisuje zwyczajne życie, kłopoty finansowe, które każdemu się przydarzają, do tego na całkiem ciekawym riddimie. Na płycie nie zabrakło oczywiście ganja tune'a, a mianowicie W mojej głowie. Jest także kilka kawałków w stylistyce dancehallowej (Czas by świecić, Chodź, Miasto stoi w ogniu), ale są na tyle słabe (przynajmniej moim zdaniem), że nawet nie ma sensu się nad nim tu rozwodzić. Swoją drogą denerwujące są na tej płycie wstawki mówione na początku utworów w stylu: „To jest Luta....ej!”. Przecież wiadomo, czyja to płyta, a jeżeli występuje ktoś gościnnie to też można to sprawdzić, a po raz n-ty słuchanie czegoś takiego przy kolejnym utworze działa na nerwy.
Ogólne moje wrażenie po przesłuchaniu jest raczej na plus, ale bez rewelacji. Płyta dobra pod względem muzycznym, dużo ciekawych rytmów się na niej pojawia, Luta też całkiem nieźle na nich prezentuje się wokalnie. Minusem natomiast są monotematyczne teksty (chociaż z drugiej strony całe szczęście, że nie ma takich „kwiatków” jak „dla frajerów kula” itp., które miały miejsce na poprzedniej płycie EWR), drażni mnie również obecność hip-hopowców, ale to już może raczej mój indywidualny stosunek do takiej muzyki, wiem o tym, że są osoby, którym zabawy reggae z hip-hopem mogą się podobać.
niedziela, 15 listopada 2009
Row, fisherman, row...
NDK - nie trawię tego zespołu, zresztą nigdy nie trawiłem i nie rozumiem szału jaki wywołują oraz tłumów, które przyciągają pod scenę. Owszem, są bardzo energiczni, nie można też powiedzieć że nie umieją chłopaki śpiewać, jednak moim skromnym zdaniem (a z pewnością nie jestem z nim odosobniony) ich teksty są bardzo słabe, o niczym, nie wspomnę już że od wielu lat w kółko śpiewają to samo. Dlatego też popatrzyłem sobie na fragment koncertu z trybun, patrząc na las rąk machających w rytm muzyki tej grupy, taki hiphopowy koncert w rytmach Jamajki...
Nie chciało mi się dłużej słuchać tej ekipy toteż zawinąłem się na scenę soundsystemową, gdzie akurat grał Junior Stress. Prezentował z początku kilka starych, klasycznych numerów, potem zaś sam złapał za mikrofon i zaczął śpiewać.
Niezbyt podobało mi się na sound systemach, bo było jakoś tak duszno, gorąco, tłoczno. Poszedłem rozejrzeć się za znajomymi, w tym czasie na scenie montowało się już United Flavour. Bardzo polubiłem tę grupę od czasu jak widziałem ich na Reggaelandzie w Płocku. Grają bardzo fajną, energiczną muzykę reggae z domieszkami akcentów latynoskich, na dodatek Carmen, ich wokalistka, śpiewa często w swoim ojczystym języku - hiszpańskim, co brzmi świetnie. Niestety, tym razem zespół nie zrobił na mnie tak dobrego wrażenia jak w lipcu na nadwiślańskiej plaży.
Po występie międzynarodowej grupy z Pragi przyszedł czas na grupę z USA - Groundation. Jest to jeden z tych zespołów, na które szczególnie wyczekiwałem i na które najbardziej liczyłem. Nie zawiodłem się! Amerykanie pokazali pełną klasę, zagrali bardzo rootsowo, z elementami dubu czy nawet jazzu, nie zabrakło instrumentalnych popisów solówkowych, poza tym głos Harrisona Stafforda, wokalisty zespołu, sam w sobie moim zdaniem jest fenomenalny.
Na tym skończył się dla mnie tegoroczny One Love Sound Fest, przed opuszczeniem Hali zajrzeliśmy jeszcze do sali soundsystemowej, gdzie grał Jah Free. Puszczał stare dobre rytmy podśpiewując do tego. Niestety musieliśmy już się zbierać, chociaż słyszałem, że i tak długo już nie pograł.
Podsumowując, One Love może nie jest najlepiej zorganizowanym festiwalem (ba, jest jednym z gorzej zorganizowanych), jednak gwiazdy, które zostają na niego ściągnięte w tym roku zrekompensowały z nawiązką niedogodności spowodowane niekompetencją organizatorów. Wygląda na to, że za rok też pojawię się na nim.
piątek, 11 września 2009
22. rocznica śmierci Petera Tosha
Oszczędzę Wam opisywania życiorysu jednego z moich ulubionych wykonawców, zwłaszcza że takowe zostały już napisane przez ludzi, którzy lepiej się na tym znają tu i tu. Jednakże nie przeczę, że życiorys Petera jest wart uwagi, chociaż jeszcze bardziej warta uwagi jest jego muzyka, której przekaz jest wspaniałą spuścizną po nim. Dlatego też prezentuję poniżej kilka kawałków, które dla mnie są listą The Best of Peter Tosh
wtorek, 8 września 2009
Polska-Jamajka - mniej znane historie
I w wersji polskiej piosenkarki:
środa, 26 sierpnia 2009
poniedziałek, 17 sierpnia 2009
OSTRÓDA REGGAE FESTIWAL 2009
Z uwagi na to, że nie chcę Ciebie, drogi czytelniku zanudzać dokładnymi relacjami z mojego pobytu (np. "potem poszliśmy na piwo, następnie na koncert i pomyśleliśmy, że czas na piwo"), toteż ograniczę się do krótkiego porównania tej Ostródy z poprzednimi (a byłem tam już po raz czwarty, co daje mi prawo do prowadzenia takich analiz). Podstawową różnicą między tą, a poprzednimi edycjami było pole namiotowe, które tym razem nie znajdowało się nie na koszarach, lecz w pobliżu plaży miejskiej, nad jeziorem Drwęckim. Była to wada, gdyż oznaczało długie marsze, co wykluczało kompletnie krótkie wizyty w celu zostawienia lub wzięcia czegoś z namiotu. Z drugiej strony nowe pole było o niebo lepsze od tego, które było udostępnione w poprzednich latach. Przede wszystkim było o wiele większe, co dało znacznie więcej przestrzeni do rozbijania namiotów i wykluczyło wpychanie się "na chama" między i tak wąsko rozbite namioty, jak miało to miejsce w poprzednich latach. Poza tym z pola roztaczał się widok na jezioro, do plaży było bardzo blisko, bo tylko za płot. To ewidentne atuty tego miejsca.
W miejscu poprzedniego pola znajdowało się za to miasteczko gastronomiczno-sklepowe, gdzie można było zarówno całkiem nieźle zjeść (zarówno dla wegetarian i mięsożernych), chociaż może niekoniecznie tanio, a także zakupić mnóstwo gadżetów związanych mniej lub bardziej z tematyką festiwalu. Ale przejdźmy może do wykonawców, którzy utkwili mi w pamięci.
- Ragana - pierwszy zespół na ORF, który miałem niewątpliwą przyjemność zobaczyć, spokojny, pulsujący dub wprowadził mnie w całkiem dobry festiwalowy nastrój
- Marika & Ruff Radics - zaczęli całkiem ciekawie, bo od coveru starego hitu My Boy Lollipop, jednak później już mnie tak nie urzekło, wolę Marikę jednak w klubie, na małej przestrzeni, wydaje mi się to jej prawdziwym żywiołem
- Vavamuffin - byłem na fragmencie koncertu tylko, świetna jak zwykle energia i kontakt z publicznością, zasłużone drugie miejsce na European Reggae Contest, jednak widząc już ich po raz n-ty nie robią aż takiego wielkiego wrażenia jak za pierwszym.
- Hornsman Coyote - wprawdzie nie powalił mnie tym razem tak jak na koncercie we Wrocławiu, ale i tak dawał radę, trzymał poziom i wielokrotnie widziałem go bujającego się pod sceną i w innych miejscach, podobno pogrywał też z innymi soundami, za co mam do niego wielki szacunek, zresztą puzon ma wielki urok
- Dubtonic Kru - pokazali kawałek naprawdę dobrego jamajskiego rootsu i dubu, bardzo wysoki poziom wykonania, do tego jeszcze Roots Rock Reggae Boba Marleya na koniec, piękny koncert, na którym warto było być
- Tosh Meets Marley - wiele oczekiwałem od tego zespołu, o ile instrumentalnie dawali niewątpliwie radę, to wokal już nie porywał i niezbyt pasował mi do piosenek dwóch gigantów reggae, no i zabrakło mojego ulubionego kawałka Petera Tosha - Stepping Razor
- Jah Live - byłem na końcowej części występu tego brazylijskiego zespołu, ale należy przyznać, że wystarczyło to, aby przekonać się do ich muzyki i po chwili krzyczeć z całej siły "Jah Live, Jah Live", aby weszli znowu na scenę
- Rebel Control - trudno mi coś powiedzieć ponad to, że po prostu dobrze zagrali, z fajnym vibem, ciekawe było, że bodajże basista występował w kominiarce (zapewne jakiś związek z nazwą ;) )
- Overproof Sound System - wspaniała energia, dynamiczne kawałki, aż zacząłem się bać, że przez szaleństwo na ich koncercie zabraknie mi energii na następny zespól, czyli...
- Tiken Jah Fakoly - francusko-afrykański skład z wokalem przypominającym Alpha Blondy dał piękny korzenny koncert z niesamowitym klimatem, niestety moja znajomość francuskiego, a może raczej nieznajomość, trochę psuły mi odbiór, bo oprócz słów Africa i égalité prawie nic nie rozumiałem z tekstu. Jednakże to, co mogłem zobaczyć, czyli wspaniale poruszające się chórzystki i wokalistę w długiej szacie, wprawiało mnie w ewidentny zachwyt. Było to świetne zakończenie drugiego festiwalowego dnia.
- Roots Revival - tego było mi trzeba w niedzielę! Potężna dawka roots reggae i dubu podana przez ten sound była wręcz nieziemska! Co prawda namiot soundsystemowy był nagrzany przez słońce do granic możliwości, jednak nie przeszkadzało to we wspólnym podrygiwaniu do muzyki warszawskiego składu selektorskiego.
- Bob One - wystąpił razem z Moniką z Bakshisha, bardzo fajny i energetyczny koncert, chociaż tu już temperatura zmusiła mnie do ewakuacji i nie byłem na całym występie
- Junior Tshaka - o tym wykonawcy wiedziałem tylko tyle, że wygrał European Regggae Contest i jest ze Szwajcarii. Jak się okazało, nagroda ta została przyznana jak najbardziej słusznie, gdyż młody artysta pokazał bardzo ciekawą muzykę z użyciem akustycznych gitar
- Rastasize - mam szczerze powiedziawszy mieszane wrażenia. Wprawdzie nie można nic zarzucić muzykom z Jamajki, co najwyżej trochę Dawidowi Portaszowi, że trochę miejscami za bardzo wydziwiał wokalnie, ale jakoś nie porwały mnie ich piosenki, jakbym miał zanucić którąkolwiek to miałbym problem. Możliwe, że było to spowodowane zbyt dużą promocją, rozdmuchaniem, przez co spodziewałem się nie wiadomo czego.
- Joint Venture Sound System feat. Brother Culture - krótko napiszę tylko, że pokazali klasę, bardzo mocna selekcja
- Rootz Underground - to co się działo na tym koncercie przebiło chyba wszystko co pojawiło się na tym festiwalu. W trakcie koncertu wokalista zespołu powiedział "Security! Open the Gate!", po chwili można było zobaczyć tłum ludzi przeskakujących przez ogrodzenie pod scenę. W pewnym momencie publiczność (w tym ja) wkroczyła na scenę!! Nie sposób zapomnieć tego koncertu
- Iration Steppas - !!!!!!!!! Kolejny niesamowity występ! Brytyjski sound dał czadu na maksa, na koniec wkroczyła na scenę Yaz Alexander, publika nie chciała wypuścić brytyjczyków z namiotu wytrwale krzycząc "we want more!"
Pozdrawiam słonecznie!


