Wczoraj wrzuciłem pierwszą część mojej relacji z festiwalu, dzisiaj pora na drugą. Z początku wszystko miało się zmieścić w jednej notce, ale tak będzie pewnie i czytelniej i wygodnie, poza tym wczoraj nie mogłem siedzieć już dłużej przy kompie - rano do pracy trzeba jednak wstać.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czechy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czechy. Pokaż wszystkie posty
piątek, 31 lipca 2015
czwartek, 30 lipca 2015
Wspomnienia z 3. Festiwalu Ukulele w Czechach cz. 1
Dawno nie pisałem tutaj, a szkoda :) . Jest jednak w końcu okazja do powrotu do starych dobrych tradycji, bo właśnie wróciłem z czeskiego Festiwalu Ukulele. Zapraszam więc do przeczytania mojej małej relacji z tego wydarzenia.
czwartek, 8 lipca 2010
Pozor! Staročech
Będąc ostatnio za naszą południową granicą zdecydowałem się na ryzykowny eksperyment. Zakupiłem piwo Staročech - kosztujące 3,90 čK (plus cena butelki 3 čK!), czyli w przeliczeniu samo piwo kosztuje jakieś 80 groszy! I bardzo jest ta cena odpowiednia, no o ile ktoś w ogóle jest w stanie płacić za tego typu doznania! Paskudztwo okropne, wali chemią niczym polskie produkty z Głubczyc. Szczerze odradzam kupowanie tego wynalazku, wystarczy, że zrobiłem to za Was.
wtorek, 6 lipca 2010
RealBeat Festiwal - Žízníkov u České Lípy
W niedzielę wróciłem z mojego pierwszego zagranicznego wypadu na festiwal, z Žízníkova pod Czeską Lipą.
W zasadzie może nie mogę powiedzieć, że byłem na całym festiwalu, bo przyjechałem do Czeskiej Lipy dopiero w piątek wieczorem. Dojazd miałem pierwsza klasa, pociągami z biletem Euro-Nysa, przesiadając się w Görlitz, Zittau i Libercu (startowałem z Bolesławca).
W Libercu miałem na tyle dużo czasu na przesiadkę, że postanowiłem odwiedzić pobliski sklep i zaopatrzyć się w regionalne przysmaki - Svijany (10%) i Bernarda (tutaj zaw. ekstraktu już nie pamiętam). Pozwoliło to, mimo upału, na całkiem przyjemną podróż, chociaż po tych smakołykach o mało nie wsiadłem przez pomyłkę do pociągu do Pragi. Na szczęście jednak znalazłem właściwą drogę, dzięki koleżance z organizacji festiwalu. Miejscowi przywitali mnie bardzo gościnnie, może nawet za bardzo. Co by tu dużo nie mówić - obudziłem się rano w śpiworze koło jakiegoś samochodu. Moi towarzysze bowiem tej nocy nie zdążyli jeszcze dojechać stopem z namiotem. Dotarli rano, zaraz po przebudzeniu poszedłem ich szukać i znaleźć. Z uwagi na upał, który trzymał właściwie cały dzień, postanowiliśmy udać się nad pobliską rzeczkę-błotniczkę. Strasznie zamulona rzeczka, ale można było się przynajmniej lekko obmyć i schłodzić.
Po tej kąpieli postanowiłem wyruszyć do miasta na zakupy. Opróżniając plecak ze zbędnego bagażu ruszyłem raźnym krokiem w stronę Czeskiej Lipy, łapiąc szybko stopa, który podwiózł mnie prosto do Kauflandu, a tam - wszystko co najlepsze: Svijany, Bernardy, Primatory, a także inne prowianty. Powrót okazał się trudniejszy, gdyż nikt nie chciał mnie podwieźć. W południowym skwarze musiałem maszerować kilka ładnych kilometrów. Zresztą widać tę trasę na poniższej mapce.
Po powrocie poszliśmy z moimi koleżkami na teren festiwalu. Wykupiłem bilet na III dzień - 450 koron. Trzeba przyznać, że teren festiwalu robił wrażenie: około 5 scen, w tym jedna latino (super reggaetonowa selekcja cały dzień), jedna dubowa, oczywiście także scena główna, na której odbywały się koncerty. Wrażenie robiła także gastronomia, oferująca bardzo różnorodne jedzenie. My upodobaliśmy sobie najbardziej naleśniki smażone pod bardzo klimatycznym namiotem.
Dobrym pomysłem był skup zużytych kubeczków - za każdy dostawało się po 2 korony, co sprawiało, że po terenie festiwalu chodziło mnóstwo kubeczkozbieraczy, Łukasz, jeden z moich towarzyszy, uzbierał w ten sposób na kolejny festiwal. Dzięki takiemu zabiegowi na terenie festiwalu panował też porządek, którego wiele festów mogłoby RealBeatowi pozazdrościć.
Długo mógłbym pisać o tym, co działo się przez cały dzień, ale raczej nie byłby to zbyt ciekawy opis. Wystarczy, że napiszę, że w iście wakacyjnym stylu włóczyliśmy się tu i tam po terenie festiwalu i wokół niego. Muzyka prezentowana przez zespoły z głównej sceny była całkiem przyjemna, chociaż jakoś nie miałem ochoty bujać się pod sceną (powód prosty: okropny skwar i brak większej ekipy znajomych). Wspomnę może jeszcze tylko o głównym powodzie, dla którego tam pojechaliśmy: koncercie Toots & The Maytals. Ten prawdziwy klasyk muzyki reggae nie zawiódł swoich fanów, wykonując swoje największe hity, pokazując, że nawet jako 65-latek daje sobie świetnie radę na wokalu (towarzyszący Hibbertowi zespół składał się chyba wyłącznie z młodszych muzyków nie mających nic wspólnego z pierwszym, oryginalnym The Maytals). Momentami jednak wydawało się, że T&TM za bardzo odlatują w stronę bluesa, częste były długie solówki instrumentalne i wymyślne popisy wokalne Tootsa. Koncert oceniam w szkolnej skali na 4+, czegoś zabrakło, a może zbyt wiele się spodziewałem?
Do Bolesławca powróciliśmy tak samo, jak dojechałem - z tym, że tym razem przesiadki były idealnie niemal skomunikowane i cel osiągnąłem w zaledwie 3,5 godziny. Polecam czeskie festiwale, klimat jest wsaniały, no i te dziewczyny, naprawdę pełno pięknych dziewoi kręciło się tu i tam na festiwalu i poza nim :)
Do Bolesławca powróciliśmy tak samo, jak dojechałem - z tym, że tym razem przesiadki były idealnie niemal skomunikowane i cel osiągnąłem w zaledwie 3,5 godziny. Polecam czeskie festiwale, klimat jest wsaniały, no i te dziewczyny, naprawdę pełno pięknych dziewoi kręciło się tu i tam na festiwalu i poza nim :)
niedziela, 9 maja 2010
Jak było na I Festiwalu Dobrego Piwa
Wczoraj rozpoczął się Pierwszy Wrocławski Festiwal Dobrego Piwa w Centrum Kultury Zamek, a właściwie przede wszystkim w jego otoczeniu (swoją drogą bardzo malowniczym). Co prawda nie zdążyłem przybyć na warsztaty piwowarskie, które odbyły się w zamkowej piwnicy, jednak miałem okazję zobaczyć stoiska regionalnych browarów i specjalistycznych sklepików dla miłośników złotego trunku.
Publiczność dopisała, co cieszy, gdyż oznacza to mam nadzieję, że tradycje piwne w Polsce nie zaginęły i ludzie nadal potrafią odróżnić koncernowego sikacza od prawdziwego piwa. Kolejki do stoisk m.in. Browaru Amber, straganów z polskim, czeskim i litewskim piwem (prawie) nie miały końca. Na początek złapaliśmy z moim kolegą po kubeczku amberowego Koźlaka z beczki. Szczęśliwie wówczas jeszcze nie wymagało to długiego czekania. Koźlak to klasa sama w sobie, chociaż w plastiku i w wersji beczkowej czegoś mi brakowało, ale co tam.
Niestety w czasie, gdy delektowaliśmy się pomorskim piwkiem kolejki znacznie się zwiększyły, więc przy następnym kursie, tym razem do stoiska jednego z wrocławskich sklepów specjalistycznych, postanowiliśmy zrobić większe zakupy (co też widać na powyższym zdjęciu). Zakupiliśmy legendarne Noteckie z Browaru Czarnków, wspaniałego pszeniczniaka Obołoń Pszeniczne (kijowski Browar Obołoń), czeskie Svijany - Svijanský Máz (Svijańska Jedenastka - od zawartości ekstraktu 11%) oraz Mazowieckie z Browaru Konstancin.
Noteckie Jasne okazało się być dobrą jaśniejszą siostrą Noteckiego Eire, które jako jedyne miałem okazję próbować wcześniej z czarnkowskiej rodziny, dodatkowego uroku nadawała butelka - bączek i oldschoolowy design etykiety. W sumie potwierdziły się tylko opinie, które miałem okazję słyszeć wcześniej.
Obołoń Pszeniczne - klasa sama w sobie, zresztą pokusiłem się na małą wideorelację:
Bardzo fajny ten Obołoń, zostawia bardzo pozytywne wspomnienia.
Niestety wczoraj akurat złapałem fuchę na nockę i wkrótce musiałem z terenu festiwalu zmykać razem z dwoma pozostałymi piwkami do pracy. A Mazowieckie i Svijany to już dobrze mi znane marki i oczywiście nie zawiodłem się na nich.
Festiwal trwa jeszcze, gdy piszę tę notkę, niestety mi nie udało się zebrać odpowiedniej ekipy, aby wybrać się na drugi dzień tego piwnego święta. Nic tylko czekać następnego za rok.
piątek, 26 marca 2010
Velké výlet - podsumowanie
Jako, że dotarły do mnie sygnały, iż zabrakło w relacji elementu podsumowania pozwolę sobie zrobić to w tej notce. Wyjazd niewątpliwie należy zaliczyć do udanych. Przypadła mi do gustu forma podróżowania pociągami i innymi środkami transportu (autobusy, tramwaje) po terenie Kraju Libereckiego. Dlatego też polecam wszystkim, którzy wybierają się w tamte strony bilet Euro-Nysa, który kosztuje 20 zł za dobę (ważny do 4:00 dnia następnego). Jeżeli chodzi o wymianę walut to najlepiej byłoby płacić wszędzie kartą. Byłoby, bowiem niestety terminale, przynajmniej w tej części Czech, nie są jeszcze bardzo upowszechnione, zwłaszcza w restauracjach i podobnych knajpkach. Dlatego trzeba mieć przy sobie trochę koron czeskich, najlepiej wymienionych jeszcze w Polsce. Co do piwa to chyba niemożliwe jest w tym kraju żeby trafić na takie siki jakie produkuje np. browar w Głubczycach, nawet te kosztujące w przeliczeniu niewiele ponad złotówkę, są jeszcze w miarę przyzwoite smakowo, zaś za niedużo większą sumę można nabyć zacniejsze piwka.
wtorek, 23 marca 2010
Velké výlet
Velké výlet
czyli
Wielka wyprawa
Powróciliśmy już z naszej tytułowej Wielkiej Wyprawy, chociaż czy aby na pewno była ona taka wielka? W końcu 2 dni i zasadniczo mała ilość przebytych kilometrów to może nic nadzwyczajnego. Zważywszy jednak, że był to mój pierwszy wyjazd zagraniczny zorganizowany na taką skalę, muszę przyznać - był to przełom. Myślę już nad kolejnymi wyprawami.
W czasie podróży starannie zapisywaliśmy w dzienniku wszystko, co się działo, przywiozłem ze sobą prawie 370 zdjęć.Osoby dramatu:
ReDi - Rafał, współautor części znajdujących się poniżej zapisków z podróży. Dla odróżnienia zapisałem je Comic Sansem z capslockiem w kolorze niebieskim. Miłośnik czeskiej poezji śpiewanej i czeskiej płci pięknej. Wspólny wyjazd do Czech planowaliśmy już od dłuższego czasu. Wreszcie mieliśmy możliwość zrealizowania naszych marzeń. Przepowiada również pogodę, niestety zazwyczaj deszcz.
Bartini - Bartek, mózg całej operacji, posiadacz magicznej książki z rozkładem jazdy, która niejednokrotnie pomogła nam w odnalezieniu drogi. Odpowiedzialny za większość punktów naszej wycieczki. Posiadacz ROZMÓWEK POLSKO-CZESKICH. Zapalony miłośnik kolei, zwłaszcza czeskich, fan czeskiego piwa.
Zbychowiec - taki tam Zbyszek, pisze Twojego ulubionego bloga. Można powiedzieć z czystym sumieniem, że inicjator tego przedsięwzięcia. Miłośnik piwa (zwłaszcza dobrego, o które w Czechach nie trudno), fotografii, przygód, poniekąd także różnej maści publicznych środków transportu. Dla pewności - to ja!
DZIEŃ PIERWSZY
Tytułem wprowadzenia: Dzień pierwszy zaczął się w sobotę 20.03.10., wcześnie rano. Mieliśmy bowiem bardzo ambitne plany wyjazdu z Wrocławia możliwie wcześnie. Z uwagi na poranny pośpiech i lekki stresik, który pojawia się zawsze, gdy trzeba kupić jakiś bardziej "egzotyczny" bilet w kasie dworcowej, pierwsze zapiski są raczej dość lakoniczne i z lekka chaotyczne:
6:45 | Widzimy już kasjerkę. Rafał mówi, że miły wyraz twarzy ma [kasjerka]. 3 bilety Euronysa.... o k****a.... za*******my do PRów... IC nie sprzedaje kolejka vol. 2 – SMAK PRZYGODY |
6:55 | Mamy bilety!!!!!! |
Dostanie biletów było z pewnością znaczącym przełomem. Widać chyba zresztą jakie emocje wzbudzało ich kupienie. O 7:00 siedzieliśmy już w naszym REGIO DB, który po 5 minutach wystartował w stronę Zgorzelca.
10:12 | 64 minuty po stronie naszych zachodnich przyjaciół. Jakieś drugie tyle przed nami. Niemieckie dziewczyny jak zwykle – piękne. |
Moim zdaniem jednak wartym odnotowania jest jednak fakt, że Görlitz całkiem ładnie odpucowano po 50 latach eNeRDowa, komunikacja miejska, którą się przejechaliśmy czekając na pociąg działa całkiem sprawnie. Dużo większe wrażenie na mnie zrobiło to przygraniczne miasteczko niż Drezno, które odwiedziłem kiedyś.
Jak nietrudno się domyślić, wyruszyliśmy pociągiem do Zittau, by tam przesiąść się na pociąg do Hrádka nad Nisou.
Rafał "czyta" niemiecką gazetę.
Na dworcu w Zittau

Nasz motoraczek do Hrádka
w/w radość

Na kawce/herbatce

Pierwsze pociągowe piwo - Rohožec
Liberecki tramwaj
Liberecki rynek, wprawne oko zauważy kilka osób, które wyraźnie zmierzają w naszą stronę.
BERNARD w dalszej drodze
Rafał wychyla się w Smržovce
| 10:22 | POCIĄG DO ZITTAU MAMY, GDZIE PRZESIADKA DO HRADKA |
| 10:41 | Jedziemy fragmentem polskim w pobliżu Nysy Łużyckiej |
| 11:14 | NARESZCIE W CZESKIM POCIĄGU! JEDZIEMY MOTORACZKIEM DO HRADKA! Odcinek torów na polskim odcinku bardzo odczuwalny. Rafał i Bartek cieszą się jak dzieci. |
11:30 | Dojechaliśmy do Hradka, ciocia już na nas czekała, udajemy się do mieszkania, by wypić kawę/herbatę i pogadać |
11:58 | PIERWSZY BIEG Z PIWEM. (BIEG, BO POCIĄG DO LIBERCA NIE MIAŁ RACZEJ ZAMIARU POCZEKAĆ) |
14:30 | LIBEREC ZA NAMI, A WŁAŚCIWIE TO OBOK NAS, BO ZNÓW SIEDZIMY W POCIĄGU, TYM RAZEM DO SMRŽOVKI, BY DALEJ UDAĆ SIĘ DO HARRACHOVA. JEST SOBOTA, POŁUDNIE MINĘŁO, A O TEJ PORZE STOLICA KRAJU LIBERECKIEGO (DELIKATNIE MÓWIĄC) ŻYCIEM NIE TĘTNI. MIMO TO, A MOŻE WŁAŚNIE DLATEGO, UDAŁO SIĘ NAM (PRAWDOPODOBNIE) ZOSTAĆ OBIEKTEM UWAGI LOKALNEJ MNIEJSZOŚCI ROMSKIEJ (CIAWUSÓW). NA CAŁE SZCZĘŚCIE DŁUGA ZIMA NIE POZBAWIŁA NAS CHĘCI ŻYCIA, WIĘC ODPOWIEDNIO PRZYSPIESZYLIŚMY I Z TEJ PRZYGODY WYSZLIŚMY BEZ PRZYGÓD. Problemem stało się wymienienie pieniędzy, gdyż większość kantorów okazała się być zamknięta. W efekcie Rafał musiał pożyczyć od Bartka korony wypłacone z bankomatu. Potem kolejny kurs do sklepu po kolejne ZŁOTO BOHEMII – BERNARD Světle pivo. |
15:20 | SMRŽOVKA PRZYWITAŁA NAS ŚNIEŻNIE NIEZWYKLE, BO CHOCIAŻ WIOSNA WE WROCŁAWIU NIEDAWNO PRZYSZŁA, TO ZDĄŻYLIŚMY SIĘ JUŻ Z NIĄ ZAPRZYJAŹNIĆ. CZEKAMY NA POCIĄG DO JOZEFOWEGO DOŁU; OCZEKIWANIE NA ODJAZD UMILA NAM AUTOCHTON, KTÓRY POCHWALIŁ SIĘ W ŁAMANEJ POLSZCZYŹNIE, ŻE JEGO MATKA JEST POLKĄ. |
15:28 | JEDZIEMY, A ŚWIAT WOKÓŁ NAS NAGLE ZMIENIŁ SIĘ W KRAINĘ MALUŚKICH GÓRSKICH CHAT. |
15:36 | JOSEFŮV DŮL. PRZYJECHALIŚMY TUTAJ TYLKO PO TO, BY ZROBIĆ PARĘ ZDJĘĆ I ZARAZ TYM SAMYM POCIĄGIEM POWRÓCIĆ DO SMRŽOVKI. NIEWĄTPLIWIE NIE JEST TO NORMALNE, ZAZWYCZAJ DROGA SŁUŻY CELOWI, TU DROGA JEST CELEM. Trasa kręci strasznie, co może nie jest najlepszym słowem, gdyż łuki są bardzo zacne. Śniegu po kolana tutaj. |
15:59 | POCIĄG DO HARRACHOVA MAMY, A W NIM JAKIEŚ 50 MINUT. ZA OKNEM ZMIENIA SIĘ WSZYSTKO, CHOĆ NIE ZMIENIA SIĘ NIC. WYŻEJ, BIELEJ, DALEJ.... Z każdym pokonanym kilometrem Rafała teksty stają się coraz bardziej filozoficzne, z nostalgią spogląda na widoki za oknem. |
16:09 | NIE WIEDZIEĆ CZEMU NASZ WAGON STAŁ SIĘ BARDZIEJ NASZ, TJ. STALIŚMY SIĘ JEGO JEDYNYMI PASAŻERAMI. |
18:35 | HARRACHOV OD PRAWIE DWÓCH GODZIN. W TYM CZASIE UDAŁO SIĘ NAM ZDOBYĆ TUTEJSZĄ SKOCZNIĘ (PRAWIE), BY SIĘ ZE STOKU POD NIĄ (PRAWIE) STOCZYĆ. TERAZ (PRAWIE) OSZUKALIŚMY SWOJE ŻOŁĄDKI, POZOSTAŁO JEDYNIE DOPIĆ PIWO, A POTEM W ZUPEŁNYCH JUŻ CIEMNOŚCIACH SZUKAĆ DROGI DO (PRAWIE) NASZEGO DOMU Na piwo zaszliśmy do Pivovaru Novosad. Co prawda zarówno ono, jak i obiad, który tam spożyliśmy, okazały się droższe niż się spodziewaliśmy, jednakże piwo było jak najbardziej godne swojej ceny: smaczne, nieprzesadnie nagazowane, o ładnej, bursztynowej barwie, umiarkowanie gorzkie, z puszystą czapą piany. Wspomnę tu może, że mój aparat SONY α200 wzbudził uwagę jakiejś Czeszki, która również taki (lub podobny) posiadała. Żywo interesował ją mój obiektyw. Pozytywną reakcję wywołała wiadomość, że jestem z Polski. |
18:54 | GDYBYM POTRAFIŁ TAK ZACNIE JAK ZBYSZEK OPISAĆ WALORY PIWA, ZROBIŁBYM TO. NIE POTRAFIĘ JEDNAK, WIĘC POZWOLĘ SOBIE NAPOMNIEĆ O TYM |
19:47 | Jedziemy autobusem do Tanvaldu. Już drugiemu kierowcy Bartek musiał tłumaczyć, że nasz bilet obowiązuje również w autobusach ČSAD. Kierowca wpuścił nas z takim „e tam, jedźcie”, jakby nam łaskę robił, że nasz bilet jest ważny. |
20:21 | UDAŁO SIĘ! WNĘTRZE MOTORACZKA JEST NASZE! W ZASADZIE MOŻNA BY POKUSIĆ SIĘ O JAKIEŚ PODSUMOWANIE DNIA, ALE NA TO PRZYJDZIE CZAS, GDY BĘDZIEMY JUŻ W CIEPŁYM MIESZKANIU ZBYSZKOWEJ CIOCI. |
Podsumowanie żadne jednak nie zostało poczynione. Byliśmy już bardzo zmęczeni, gdy wróciliśmy do owego ciepłego mieszkania.
DZIEŃ II | |
7:52 | BYSTRY CZYTELNIK SNADNIE POZNA, ŻEŚMY Z POWROTEM DO HRADKA WCZORAJ POWRÓCILI. UDAŁO SIĘ NAWET TROCHĘ POSPAĆ, WSTAĆ JEDNAK TRZEBA BYŁO ODPOWIEDNIO WCZEŚNIE, BY ZDĄŻYĆ NA POCIĄG DO LIBERCA. DZIŚ MAMY ŚMIAŁY ZAMIAR ZDOBYCIA ZAMKU W SYCHROVIE; PARĘ MINUT PO 9 BĘDZIEMY NA MIEJSCU. PÓKI CO KORZYSTAMY Z UPRZEJMOŚCI SŁOŃCA, KTÓRE DZIŚ RACZYŁO SIĘ ZZA CHMUR WYGRAMOLIĆ, WIĘC PEŁNI ŻYCIA CZEKAMY KOLEJNYCH CZESKICH PRZYGÓD. |
10:19 | Siedzimy sobie obok zamku w Sychrovie. Bilety na zwiedzanie zakupione za 70 čK szt. Zaczynamy naszą wycieczkę po zamku o 11:00. Zamek, jak też ogród zamkowy bardzo urokliwe z zewnątrz. Szukamy jakiegoś pożywienia, lecz poszukiwania nie przynoszą efektu. |
12:53 | Wyjeżdżamy ze stacji Sychrov. Przewodniczka okazała się być rosyjskojęzyczna. Trochę utrudniło to zrozumienie sensu jej opowieści. Rafał wychwycił jednak kilka istotnych szczegółów. W drodze powrotnej udało się nam sfocić pośpiesznego, który jechał po tamtejszym wiadukcie. Wygłodzeni ruszamy do Liberca, a stamtąd do Hradka. |
Do Hradka dotarliśmy bez najmniejszych komplikacji. Tam zjedliśmy obiad, wypiliśmy u cioci kolejną herbatę i wyruszyliśmy na dworzec...
16:32 | HRÁDEK NAD NISOU TO JUŻ TYLKO WSPOMNIENIE. ZANIM OPUŚCILIŚMY CZECHY POGODA POPRAWIŁA SIĘ NA TYLE, ŻE ZZA CHMUR WYSZŁO SŁOŃCE, BY NAS POŻEGNAĆ. JEDZIEMY DO ZITTAU, TAM PRZESIADAMY SIĘ DO GÖRLITZ, GDZIE PO GODZINIE BĘDZIEMY JUŻ W POCIĄGU DO WROCŁAWIA. ZA SZYBĄ JUŻ ZITTAU. |
17:05 | POWROTY, PRAWIE ZAWSZE NIEUNIKNIONE, NIEUCHRONNIE WIĄŻĄ SIĘ Z NOSTALGIĄ |
Z Zittau pojechaliśmy do Görlitz. Była to kolejna okazja na przejażdżkę tramwajem.
18:42 | Siedzimy już w pociągu DB do Wrocławia. Polska drużyna przejęła stery szynobusu. Za oknami ciemność i mokrość. Ja wysiadam w Bolesławcu około 19:30. Moi towarzysze podróży zapewne osiągają cel półtora godziny później. I to by było na tyle. |
Subskrybuj:
Posty (Atom)

