Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 maja 2016

Antyrządowa sobota w stolicy

Palma na placu de Gaulle'a jest sztuczna.
Miniona sobota upłynęła pod znakiem antyrządowych protestów w Warszawie. Najbardziej medialnym wydarzeniem był oczywiście marsz KODu/Platformy/kropkiNowoczesnej (zwany dla niepoznaki marszem całej opozycji). Ja również postanowiłem wybrać się do stolicy, by zamanifestować swój sprzeciw wobec działań i pomysłów rządu Beaty Szydło.

środa, 1 maja 2013

Praca to usługa jak każda inna

Witam! Znowu mamy  te dziwne, odziedziczone po PRL-u i III Rzeszy "święto" pracy. Dlatego też wypadałoby się zastanowić czym w gruncie rzeczy jest praca. Sięgnijmy więc do Słownika języka polskiego PWN:

wtorek, 29 stycznia 2013

Związki partnerskie

Dobrze było wyjechać poza granice naszego kraju na tydzień, odcinając się od medialnego szumu oraz Internetu. Podczas, gdy nad Wisłą rozgorzała ostra dyskusja na temat tzw. związków (okropne słowo) partnerskich ja spokojnie szusowałem sobie na nartach.

sobota, 5 stycznia 2013

Muzyczny narodowy zamordyzm

źdódło obrazka: OpenClipart.org

Na początku chciałbym przywitać się w nowym, 2013 roku. Mam nadzieję, że będzie to lepszy rok od poprzedniego. Mam również nadzieję, że w tym roku będzie się pojawiać więcej wpisów tutaj. Być może zacznę wrzucać jakieś materiały vlogowe i podcastowe. Liczę też, że pojawi się więcej komentarzy :)

środa, 8 lutego 2012

ACTA - walka trwa

forgifs.com


Gdy w piątek wybierałem się na kolejną manifestację przeciw ACTA, mama zadzwoniła do mnie oznajmiając, że właśnie w TV premier ogłasza, że zawiesza ratyfikację i żebym dał sobie spokój - wszak mam na głowie ważniejsze sprawy niż marznięcie na dworze. Kochana mama! Jakoś mnie jednak ta informacja nie przekonała i postanowiłem na protest się wybrać. Mróz był rzeczywiście siarczysty i gdy przybyłem ze znajomymi pod Halę Stulecia, można było odnieść wrażenie, że z protestu (a właściwie z jakiejś porządnej jego skali) będą nici, bo była tam zaledwie garstka osób, głównie z zorganizowanych grup. Okazało się jednak, że podczas marszu ludzi przybywało i zanim doszliśmy na rynek było nas już nawet tysiąc. Poniżej prezentuję moją krótką wideorelację z tego wydarzenia:


Ciekawą inicjatywę mieli też goście puszczający internetowy hit Trololo song podczas przemarszu pod ich oknami:


W poniedziałek u premiera odbyła się z kolei "debata" w sprawie ACTA, która najwyraźniej miała być dowodem łaski ze strony naszego umiłowanego przywódcy, czego dowiodły zarówno forma dyskusji, jak i sama jej organizacja (wysyłanie zaproszeń blogerom na łapu-capu). Poniżej prezentuję dość ciekawy fragment owej "debaty":
Tak więc nie ma co się łudzić, że rząd zaczął z dnia na dzień liczyć się z wolą narodu, walka o wolny Internet (i o wolność w ogóle!) nadal trwa. Nie można spocząć na laurach!

piątek, 14 października 2011

Też jestem oburzony! A co!

Pamiętacie Hiszpanów, którzy w maju postanowili okazać "oburzenie" poprzez okupację Puerta del Sol w Madrycie? Nasi rodacy uznali, że nie są gorsi i postanowili się również oburzyć! Nasi rodacy, a konkretnie uczniowie Wielokulturowego Liceum Humanistycznego (!) im. Jacka Kuronia (aż dziw bierze, że nie Ernesto Che Guevary) organizują 15 października w Warszawie manifestację przeciw...ale o tym może później. Nazwali się ci buntownicy Porozumieniem 15 października, co jakoś dziwnie przypomina mi Porozumienie 11 listopada, o którym też miałem okazję kiedyś pisać (swoją drogą wyjątkowo mało kreatywna jest lewica w wymyślaniu nazw). Przyklasnęli im rzecz jasna od razu bolszewicy w białych rękawiczkach z Krytyki Politycznej. Wspaniały wszak to zryw w imię prawdziwej demokracji, teraz!
Postulaty młodych gniewnych pacyfistów z humanistycznego liceum przypominają te, które prezentowali w maju ich hiszpańscy odpowiednicy. Główna różnica polega na tym, że nasi "oburzeni" byli jeszcze płodniejsi w tworzeniu swoich postulatów niż Hiszpanie. Wymyślili ich aż o 12 więcej! Polak potrafi się oburzyć! Zobaczmy więc, o co apelują do premiera i prezydenta:
(...)zgłaszamy następujące postulaty, które przede wszystkim mają stać się tematami do debaty publicznej, między organizacjami, związkami, grupami społecznymi i politykami:
  • Przerwać proces masowych eksmisji skutkiem którego, lokatorzy wyrzucani są do kontenerów komunalnych. Prawo do mieszkania jest prawem każdego obywatela i Państwo, musi zapewnić mu dostęp do lokalu socjalnego, w którym będą warunki pozwalające na godnego życie. Mieszkanie nie jest towarem tylko prawem każdego obywatela. 
Jak mniemam w Liceum Humanistycznym nie uczą tego, ale mieszkania nie spadają z nieba, a tym bardziej nie są jakimiś abstrakcyjnymi prawami. A jeżeli jednak uznamy prawdziwość tego twierdzenia to rzeczywiście "kontenery komunalne" są jego najlepszą wykładnią.
  • Wstrzymać podnoszenie podatków dla najuboższych. Wprowadzić podatek Tobina (ale to ma sens dopiero w przypadku, gdy zostanie wprowadzone na dużą skale, np. w całej Unii Europejskiej) , opodatkować w najwyższym progu dochodowym dochody z transakcji finansowych, zwiększyć kwotę wolna od podatków do poziomu rocznej pensji minimalnej, powrócić do progów podatkowych dla podatków CIT (małe zyski mniejszy % większe zyski większy %). Za kryzys odpowiedzialność finansową ponoszą banki i korporacje, nie my – zwykli obywatele.
 Kolejny raz ta sama socjalistyczna pseudoekonomiczna papka słowna o sprawiedliwym rabunku... pardon! opodatkowaniu. Bogaci są winni całego zła na świecie, zwłaszcza banki, które w ramach "sprawiedliwości społecznej" dawały gołocie (czyli amerykańskim NINJA) kredyty właściwie za nic. Trzeba im dowalić jak najbardziej!
  • Zapewnić odpowiednią ilość darmowych miejsc w publicznych żłobkach i przedszkolach dla dzieci. Prawo do darmowego miejsca w żłobku, a tym bardziej miejsca w przedszkolu jest jednym z pierwszych, podstawowych praw każdego dziecka. Wprowadzić płatny urlop rodzicielski na okres 3 lat (z wyraźnym zaznaczeniem, że połowa jest do wykorzystania przez jednego rodzica, a druga połowa przez drugiego rodzica; w przypadku osób samotnie wychowujących dzieci, płatny urlop rodzicielski obowiązuje w pełnym zakresie). Dla osób, które nie są zatrudnione na etacie, zapewnić na ten okres płacę minimalną, tak, aby dziecko miało warunki i równe szanse na odpowiedni rozwój.
Odpowiednią ilość! Humaniści! :D To już lepszy jest nawet Ziętek z PPP Sierpień 80, który mówi, że trzeba zbudować milion mieszkań. To przynajmniej jakiś konkret! Potem oczywiście prawo do darmowego miejsca w żłobku i przedszkolu, wprowadzone np. w Korei Północnej, gdzie w zasadzie każde dziecko od 2 roku życia jest zabierane do państwowej placówki i tresowane do miłości do Wodza. Kolejne pomysły to rzecz jasna kolejny pomysł na zmniejszenie zatrudnienia kobiet i ich płac do absolutnego minimum.
  • Prowadzić realny dialog ze związkami zawodowymi, organizacjami pozarządowymi, partiami politycznymi oraz grupami społecznymi.
Z terrorystami się nie negocjuje, a gra. - jak mówi gen. Roman Polko
  • Zlikwidować ograniczenia w dostępie do informacji publicznej.
Nie wiem jak tacy analfabeci ekonomiczni mogliby wykorzystać tę informację, ale tak czy inaczej - zgadzam się wyjątkowo w tym punkcie.
  • Zapewnić każdemu dostęp do darmowej opieki zdrowotnej i darmowego leczenia szpitalnego.
Jak rozumiem w szpitalach mają pracować wolontariusze bez żadnego sprzętu. A może jednak będą to płatni lekarze? To kto im zapłaci?
  • Zapewnić darmową opiekę społeczną potrzebującym, głównie osobom starszym i niepełnosprawnym. Rozbudować system socjalny, aby obywatel czuł, że państwo się o niego troszczy i w razie kłopotów może mu pomóc lub wyrównać jego szanse.
O sorry, dużo lepiej bym się czuł, gdybym wiedział, że państwo nie troszczy się ani o mnie, ani o moje pieniądze. No i wolałbym mieć większe szanse niż "równe". A takie prędzej sam sobie zapewnię.
  • Usunąć zapis o wprowadzeniu drugiego płatnego kierunku studiów. Wycofać się z Procesu Bolońskiego, gdyż sprzeciwiamy się ekonomizacji w myśleniu o edukacji.
Tak samo jak nie ma darmowej opieki zdrowotnej, tak nie ma darmowych studiów. Ekonomizacja jak rozumiem miałaby polegać na tym, że student studiuje coś pożytecznego, co mógłby w przyszłości wykorzystać z pożytkiem dla konsumentów. Faktycznie - draństwo!
  • Wstrzymać ciągłe podnoszenie wieku emerytalnego, jednocześnie nie zabraniając pracować osobą, które wiek emerytalny lub lata pracy mają już przekroczone.

Ha! Taki parszywy błąd odmiany w manifeście! Do książek, komu...to znaczy humaniści! Niech ktoś mi powie, kiedy ostatnio podniesiono wiek emerytalny?
  • Wstrzymać proces prywatyzacji polskich banków, publicznej służby zdrowia oraz najważniejszych sektorów gospodarczych.
Najważniejsze sektory oczywiście powinny działać w sposób nierynkowy, czyli mając na względzie zdanie biurokratów i polityków, a nie konsumentów!
  • Zlikwidować próg wyborczy, które partie muszą przekroczyć aby otrzymać dotację, gdyż jest to jedna z niewielu możliwości, aby mniejsze partie mogły przedrzeć się przez monopol partyjny.
Jak wiadomo budżet państwa to worek bez dna, więc co komu zaszkodzi dofinansować kilkaset planktonowych partyjek, w sumie to może być pomysł na bezrobocie, niech każdy zostanie działaczem partyjnym!
  • Wprowadzić zapisy zakazujące obrażania i poniżania osób ze względy na płeć, orientację seksualną, niepełnosprawność, kolor skóry, narodowość, wyznanie i poglądy; skutecznie je egzekwować
 Tępe czerwone ćwoki!! Przepraszam, nie mogłem się powstrzymać :D
  • Opodatkować dochody kościoła oraz poddać kontroli reprywatyzację jego mienia.
 Czyli kolejny raz genialny pomysł wprowadzenia kas fiskalnych w kościołach. A majątek kościelny należy zwrócić i już! Bez żadnej dyskusji! Kościół, w odróżnieniu od państwa, nigdy nikomu własności nie rabował.
  • Wprowadzić refundację środków antykoncepcyjnych.
  • Wprowadzić refundację metody in vitro.
 Czyli najpierw za pieniądze podatnika ograniczać płodność, a potem za pieniądze podatnika ją przywracać! Genialne! Jak kopanie i zakopywanie dołów!
  • Wprowadzić zapisy, które zapewnią kobietom możliwość decydowania o sobie, tj. legalnej aborcji, która w przypadku gwałtu lub zagrożenia zdrowia lub życia kobiety będzie refundowana przez państwo.
Możliwość decydowaniu o sobie, czyli o cudzym życiu lub śmierci! Pokrętna "logika".
  • Wprowadzić parytety na listach wyborczych oraz 50% kwot w radach nadzorczych publicznych spółek, jednocześnie obniżając płace w radach nadzorczych.
Słusznie, przecież spółki z radami wybieranymi wg parytetów i tak przestaną przynosić jakiekolwiek zyski.
  • Wprowadzić obowiązkową i rzetelną edukacje seksualną do szkół, prowadzoną przez wykwalifikowanych ekspertów, z zaznaczeniem, że zajęcia nie mogą być prowadzone przez katechetki/ów i ludzi związanych z kościołem.
Innymi słowy obowiązkowa lekcja lewackiej propagandy.
  • Wycofać lekcje religii ze szkół oraz wprowadzić zapis, który zapewni obowiązkową edukację z filozofii.
Ciekawe czy na przymusowych lekcjach z filozofii przewiduje się coś poza Heglem, Marksem i resztą bandy.
  • Wprowadzić związki partnerskie dla par heteroseksualnych oraz homoseksualnych.
 Tego to już nawet nie chce mi się komentować. Nudny powtarzany miliony razy postulat bez żadnego poważniejszego uzasadnienia.

  • W polityce zagranicznej kierować się wartościami zapisanymi w Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka i zasadą pokojowej współpracy społeczeństw. Domagamy się również upublicznienia śledztwa w związku z tajnymi więzieniami CIA w Polsce i postawienia przed Trybunałem Stanu odpowiedzialnych za tortury. Polska powinna również wspierać kraje walczące lub zamierzające walczyć o potępienie zbrodni przed Międzynarodowym Trybunałem Karnym.
  Yhm...Powodzenia.
I to już wszystkie postulaty polskich "oburzonych". Przyznam, że sam też się oburzyłem nie raz - czytając te postulaty. Bo w końcu trudno przejść obojętnie obok tak potężnego aglomeratu głupoty.
Wszystkich chętnych zapraszam na jutrzejszą demonstrację. Może być nawet śmiesznie.

piątek, 7 października 2011

Ostatni sondaż i komentarz przed Wielką Ciszą

Korzystając z ostatnich minut przed nastaniem ciszy wyborczej pozwolę sobie opublikować jedyny w swoim rodzaju sondaż zbychowcowy, w którym głosy oddawali czytelnicy bloga:
KW Prawo i Sprawiedliwość
  5 (17%)
KW Polska Jest Najważniejsza
  0 (0%)
KW SLD
  0 (0%)
KW Ruch Palikota
  6 (21%)
KW PSL
  0 (0%)
KW PPP - Sierpień 80
  0 (0%)
KW Platorma Obywatelska RP
  2 (7%)
KW NDP-Samoobrona Leppera
  0 (0%)
KW Nowa Prawica - Janusza Korwin-Mikke
  12 (42%)
KW Prawica
  0 (0%)
KWW Mniejszość Niemiecka
  0 (0%)
nie idę na wybory
  1 (3%)
pomidor!
  2 (7%)


Oczywiście grupa jest kompletnie niereprezentatywna, w dodatku (jak widać) większość z ankietowanych to jakieś fanatyczne oszołomy, które nie boją się PiS.
Pozwolę sobie jeszcze na 2 słowa o wyborach. Oczywiście mnóstwo osób będzie powtarzać slogany, że ważna jest jak ważne jest, by na wyborach była jak największa frekwencja. Nic dziwnego - partia rządząca chce być postrzegana zawsze jako przedstawiciel "zdecydowanej większości". Nie oznacza to jednak w żadnym wypadku, że deputowani wybrani przy większej frekwencji będą lepszymi czy mądrzejszymi fachowcami. Wręcz przeciwnie - większy udział obywateli oznacza, że znajdzie się tam więcej osób, które albo się na polityce nie znają (i głosują na ładny krawat) albo zwyczajnie rozumem nie grzeszą, przez co raczej wybierają podobnych sobie głupków. Zabawne są też akcje promujące głosowanie w wyborach, jak na przykład:


Już pomijam fakt, że hasło "Kobiety na wybory" bliźniaczo przypomina socjalistyczne "Kobiety na traktory". Wiedza na temat kosztów kształcenia dzieci czy planowania domowego budżetu nie musi wszak oznaczać wiedzy o tym, kogo wybrać (tak jakby w ogóle rząd miał się takimi rzeczami zajmować). Ale już dajmy spokój kampanii "Masz głos - masz wybór" (często między dżumą a cholerą). Najbardziej przerażają mnie ludzie, którzy popierają rozwiązania, które działają np. w Królestwie Belgii, tj. przymusowe korzystanie z biernego prawa (?) wyborczego. Jest to wyjątkowo paskudny przejaw przeżarcia umysłu przez totalniactwo.

wtorek, 4 października 2011

Unia przeciw "umowom śmieciowym"

Jest jakaś dziwna zależność, że nasi umiłowani przywódcy dają nam jakieś wydumane "prawa" jednocześnie zabierając nam po kawałku wolność. Oczywiście wszystko w imię tych wydumanych "praw" i obowiązku zapewnienia ich wszystkim. Zupełnie inną kwestią jest także to, że w socjalizmie bohatersko walczy się z problemami nieistniejącymi w żadnym innym ustroju. Nic więc dziwnego, że nad takim problemem postanowił pochylić się nasz umiłowany rząd brukselski.
Przewodniczący Parlamentu Europejskiego (a ongiś premier RP)
Jerzy Buzek uważa, że w ciągu 2-3 lat w sposób prawny powinien zostać rozwiązany na szczeblu UE problem umów śmieciowych.
Co to za problem, że potrzeba aż "sposobów prawnych"? I czym, do diabła, są te "umowy śmieciowe"? Tego drugiego oczywiście nikt z używających tego określenia nie raczy sprecyzować, chociaż oczywiście nietrudno się domyślić, że chodzi o umowy zlecenia i umowy o dzieło. Problemy zaś JE Jerzy Buzek określa w następujący sposób:
Musimy dać ludziom szansę, by uwierzyli, że budują własną przyszłość. Gdy są wykluczeni poprzez specyficzne umowy, które nie dają świadczeń i szansy na przyszłość, to nie jest to rozwiązanie właściwie.
Dalej Pan Przewodniczący ciągnie:
To nie są dobre warunki. Nie można przykładowo brać kredytów.
Co rozjaśnia (przynajmniej częściowo), że skandalicznym jest niemożność zadłużenia się przez pracownika pracującego na taką umowę.

Nie jest możliwe sterowanie pozytywne gospodarką, jeśli nie będzie zadowolonego, pełnego nadziei pracownika, który wie, że nie odrzucono go na boczny tor.
Oczywiście tutaj szef Europarlamentu ma całkowitą rację. Najłatwiej jest sterować "zadowoloną, pewną przyszłości" masą, niż milionami niezależnych jednostek, które podejmują indywidualne decyzje (czasem ryzykowne), np. co do tego, jakie umowy zawierają między sobą.
Rzecz jasna popularność tego typu umów wynika nie z jakiegoś wydumanego wyzysku klasy kapitalistycznej nad pracownikami, lecz z próby ucieczki przedsiębiorców w ostatnie miejsce wolne od terroru związków zawodowych i absurdalnych praw pracowniczych, które zabraniają im prowadzić skuteczną politykę kadrową we własnej firmie. Z drugiej zaś strony mnóstwo pracowników nie mogłoby liczyć na zatrudnienie na tzw. "lepszych warunkach" (czyli wg przeciwników "umów śmieciowych - na umowę o pracę), bo koszta ich zatrudnienia przewyższałyby (czasem nawet wielokrotnie) przychód, który mogliby wygenerować dla pracodawcy. Ale oczywiście dla eurokratów lepiej jest trzymać tych ludzi na zasiłku, płacąc im za bezrobocie.

wtorek, 13 września 2011

Wyborcza kiełbasa minimalna

Wybory coraz bliżej, czego niechybnym znakiem jest to, że rząd nagle postanowił podlizać się wyborcom i rzucić im jakąś kiełbasę wyborczą (w końcu nie można będzie mówić, że nic nie zrobili). Oczywiście nie ma co rzucać ludziom jakiegoś droższego mięsa, dlatego ze słowami: To wszystko na co mogliśmy sobie pozwolić rzuca się nędzną imitację, która może i dobrze smakuje, ale na dłuższą metę tylko szkodzi.

Mowa oczywiście o podwyżce płacy minimalnej, która od przyszłego roku ma wynosić 1500 zł. Dlaczego? A dlatego, że jest to niezwykle szkodliwe rozwiązanie, w dodatku całkowicie fałszywe i populistyczne. Na pierwszy rzut oka oczywiście można pomyśleć, że ustalając taką czy inną płacę minimalną staje oczywiście po stronie pracownika, chroni go przed mitycznym "wyzyskiem", pozwala "godnie" żyć etc. Oczywiście jestem daleki od stwierdzenia, że owe 1500 zł to dużo. Z pewnością niewielu taka płaca mogłaby zadowolić. A jednak każda pensja jest lepsza niż żadna, czego najlepszym dowodem jest to, że mnóstwo osób pracuje w tej chwili w szarej strefie, a więc poza systemem narzucającym pensje minimalne. 
Z drugiej strony wyznaczona z góry minimalna płaca jest dodatkowym kosztem dla pracodawcy, co w oczywisty sposób przeniesie się na ceny produktów. To z kolei automatycznie zmniejsza siłę nabywczą owej "sprawiedliwej płacy" i koło się zamyka, a korzysta na tym tylko państwo (kosząc wyższe podatki zarówno od pensji, jak i z VAT-u)
Stąd też prosty wniosek, że najkorzystniej byłoby zwyczajnie zlikwidować płacę minimalną.

czwartek, 28 lipca 2011

Gazeta Wyborcza na tropie faszyzmu

5 piw!

Polowanie na faszystów (będących wg dziennikarzy pewnego dziennika synonimem narodowych socjalistów, czyli nazistów, ale to szczegół) trwa! Tym razem dziennikarz śledczy GW wytropił ich w miejscu, w którym nikt by się tego nie spodziewał - w PIWIE! A konkretnie - w reklamie piwa Piast (ongiś wrocławskiego, dziś raczej szczecińskiego). Jak pisze w swym artykule p. Jerzy Sawka:
Reklama wrocławskiego piwa Piast po meczu Śląska Wrocław ze szkockim Dundee, mimo że gabarytowo niewielka, wprost wali po świadomości. Jej tekst zaczyna się niewinnie: "Piast dziękuje za wielkie sportowe emocje", ale kończy frazą, którą skądś dobrze znamy: "Jedno miasto. Jeden Klub. Jeden Piast".

Przed dziesięcioleciami pewien znany całemu światu niewielki facet ze śmiesznym wąsikiem wykrzykiwał z furią szaleńca swoje słynne: "Ein Volk, ein Reich, ein Führer". Adresował te słowa do swojego wspaniałego narodu, który był ponad wszystkimi, do swojej wspólnoty plemiennej, której zadaniem było wymordowanie lub całkowite zniewolenie plemion obcych i rasowo gorszych. Czy nie na tej samej plemiennej, wspólnotowej nucie gra hasło: "Jedno miasto. Jeden Klub. Jeden Piast"?
Muszę przyznać, że anty nazi gogle pana redaktora muszą być wyjątkowo czułe. Wygląda bowiem na to, że wyjątkowo szowinistycznym i rasistowskim słowem jest słowo "jeden" (niem. ein), zwłaszcza użyte trzykrotnie (ale to tylko moja hipoteza). Oczywiście konkluzja autora artykułu tekstu jest jedna: najwyraźniej koncern Carlsberg, będący właścicielem marki Piast, stara się przypodobać tzw. "wrocławskiemu kibolstwu":
Mocno z miastem utożsamiane piwo wspiera wrocławski patriotyzm kibolski. Tylko czekać, jak nasi dzielni chłopcy spuszczą łomot poznaniakom za to, że śmieli moczyć usta w napoju przeznaczonym tylko dla swoich. W kolejnej odsłonie Carlsberg może wypuścić reklamę o treści: "Piast mit uns" Będzie konsekwentnie.
 Tu rzecz jasna p. red. się po raz kolejny przemycić pokrętne równanie patriotyzm=prawica=faszyzm (czy nazizm?), kontynuując jednocześnie "świętą wojnę" redakcji z polskim ruchem kibicowskim (o zgrozo! często patriotycznemu, prawicowemu i antykomunistycznemu, więc na pewno faszystowskiemu!). Logika dziecka z podstawówki, albo zwyczajne manipulowanie naiwnymi czytelnikami.
Swoją drogą, red. Sawka nie zbadał kwestii wystarczająco dogłębnie, bo przecież łatwo zauważyć, że firma Carlsberg to w istocie faszystowski koncern. Wystarczy obejrzeć etykiety ciemnego piwa (trochę dziwne, nieprawdaż? prawdziwy faszysta powinien wszak pić jeno białe (niem. weiss) piwa ;) ) z początku ubiegłego stulecia:

wtorek, 26 lipca 2011

Dostęp do broni? Tak, ale tylko dla terrorystów

Pozwolę sobie nie rozwodzić się tutaj nad ideologicznymi pobudkami Andersa (czy jak kto woli: Andrzeja) Behringa Breivika, czy był on (jak podają media) chrześcijańskim prawicowym ekstremistą, narodowym socjalistą, wolnomularzem czy zwykłym  świrem. Chciałbym zwrócić uwagę na kwestie, które moim zdaniem miały równie wielki wpływ jak sam profil psychologiczny sprawcy. Moim zdaniem u podstaw tej tragedii leżało mylne przeświadczenie o tym, że  wszechwładne państwo jest w stanie zapewnić bezpieczeństwo swoim obywatelom. Oczywistym wydało mi się w obliczu takiej masakry, że jest to porażka modelu, w którym rozbrojono nie tylko obywateli, ale również funkcjonariuszy policji! Tymczasem już pojawiły się głosy, aby zaostrzyć przepisy dotyczące posiadania broni. Jak donosi PAP:

Szef belgijskiej dyplomacji Steven Vanackere zaproponował dziś zaostrzenie przepisów regulujących posiadanie broni, które mogłyby obowiązywać w całej UE.
(...)

- Skoro wychodzimy z założenia, że ten dramat jest spowodowany przez pojedynczą osobę, która zwariowała, nie możemy zignorować faktu, że zależy to także od dostępu do różnego rodzaju broni i amunicji - powiedział minister.
Pełna zgoda, nie można zignorować faktu, że na wyspie Utøya dostęp do broni miała tylko jedna osoba, która urządziła sobie strzelnicę. Nietrudno wyobrazić sobie jak wyglądałaby sytuacja, gdyby oprócz bezbronnych dzieciaków znalazł się tam również ktoś uzbrojony. Niestety, osoby wierzące w to, że zakaz posiadania broni obejmie także złoczyńców zdają się myśleć w taki oto sposób:

niedziela, 22 maja 2011

¿Co się właściwie dzieje w Hiszpanii?

Demonstranci w Granadzie, licencja Creative Commons
 Od tygodnia w Hiszpanii trwają protesty antyrządowe. Fala demonstracji opanowała 50 miast, najbardziej spektakularna chyba jest demonstracja na Puerta del Sol w Madrycie. Powody protestów są rzecz jasna oczywiste. Trzy dekady rządów socjalistów z PSOE (z małymi przerwami), charakterystyczne dla socjaldemokracji życie na kredyt i ręczne sterowanie gospodarką musiało w końcu, jak w pozostałych państwach PIGS (z Grecją na czele), doprowadzić do katastrofy. Nic więc dziwnego, że Hiszpanie nieźle się wkurzyli na swoich miłościwie panujących i wyszli na ulice, czy jak w Madrycie - na place.

Protesty w Sevilli, licencja Creative Commons 
Ciekawe jest to, że protesty te nie zostały zorganizowane (przynajmniej taka jest oficjalna wersja) przez związki zawodowe ani partie polityczne, jest to inicjatywa oddolna, nastawiona wrogo zarówno do rządzącej PSOE, jak i opozycyjnej PP. Jednym z haseł akcji Democracia Real Ya! (Prawdziwa Demokracja Teraz!) jest zmiana ordynacji wyborczej, która przełamała by monopol tych dwóch partii w obsadzaniu stołków. Niestety demonstranci oprócz tego, że zaczęli zauważać, iż rządzi nimi banda oszustów i złodziei, nie do końca chyba zrozumieli powód sytuacji, w której się znaleźli. Oskarżają bowiem obok rządu także bankierów (poniekąd słusznie) i... kapitalizm!
Do postulatów "młodych gniewnych" zalicza się (cytuję za blogerem conejo infernal, podkreślenia moje):

-przeciw bezrobociu: zatrzymanie podwyższania wieku emerytalnego do momentu ograniczenia bezrobocia wśród młodych; przywrócenie zasiłku dla trwale bezrobotnych; przywileje dla firm o udziale pracowników tymczasowych mniejszym niż 10%
-prawo do mieszkania: przejmowanie przez państwo wybudowanych, niesprzedanych mieszkań i umieszczenie ich na rynku chronionego wynajmu; ułatwienia dla młodych i osób o niskich dochodach przy wynajmie mieszkań
-usługi publiczne wysokiej jakości: niezależna kontrola budżetów i wydatków administracji; zatrudnienie kadry nauczycielskiej w celu zapewnienia odpowiedniej ilości uczniów w salach i podziału na grupy; tani transport publiczny z przywróceniem pociągów, które zostały zastąpione przez AVE (szybkie, ale obrzydliwie drogie pociągi między największymi miastami)
Jak widać młodzi hiszpańscy rewolucjoniści nie za bardzo chcą porzucić swój dotychczasowy styl życia na kredyt i koszt państwa. Nieszczególnie przeszkadza im również rozrośnięty aparat urzędniczy będący kołem młyńskim u szyi staczających się krajów PIGS. Uderza również to, że pomimo, iż jednym z powodem wyjścia demonstrantów na ulice jest spadek poziomu ich pensji, brak  logicznych przecież haseł radykalnej obniżki podatków (przynajmniej z tych informacji, które dotarły do mnie). Pojawiają się za to hasła przeciw wolności gospodarczej i prawu własności (jak chociażby w/w przejmowanie mieszkań). Niestety, aktywne zwalczanie ideologii socjalistycznej przez rząd czasów generała Franco najwidoczniej sprawiło, że Hiszpanie wyjątkowo chętnie łykają bajeczki o gospodarce centralnie planowanej i "sprawiedliwości społecznej". Z letargu nie wybudziła ich nawet katastrofa gospodarcza, którą zafundowała im rządząca lewica.

poniedziałek, 16 maja 2011

Państwo charytatywne, czyli o bezduszności liberalizmu


Powszechny wydaje się pogląd, że wyznając liberalne (czy libertariańskie) poglądy gospodarcze trzeba być bezdusznym sk**wysynem. No bo w końcu jeżeli neguje się istnienie tzw. redystrybucji dochodów przez system podatkowy i sprzeciwia się idei tzw. sprawiedliwości społecznej, to oznaczać musi ni mniej, ni więcej, że ma się wszystkich biednych ludzi gdzieś. Z drugiej strony osoby o poglądach socjalistycznych jawią się niemal jako Miłosierni Samarytanie, którzy by nieba nachylili potrzebującym... niestety nie za swoje pieniądze.
Czy więc popieranie liberalnych gospodarczo postulatów oznacza bezwarunkowo bycie samolubnym, egoistycznym łajdakiem? Nie sądzę. Wszakże negowanie państwa jako (nieudolnego swoją drogą) opiekuna nie oznacza negowania samej idei pomocy bliźniemu. Wręcz przeciwnie. Historia dobitnie pokazuje, że państwowa pomoc dla najuboższych zwyczajnie się nie sprawdza, osobom zagubionym życiowo daje się zamiast wędki rybę (w postaci zasiłków, zapomóg etc.), co powoduje tylko pogłębienie ich sytuacji. Na realną pomoc mogą liczyć tylko od prywatnych fundacji i organizacji pozarządowych, które w systemie własności prywatnej z pewnością zastąpiłyby nieudolnie działające instytucje państwowe marnotrawiące większość przeznaczonych dla nich środków.
Ponadto najgorszą cechą pomocy państwowej jest rzecz jasna przymusowość, która odbiera po pierwsze możliwość wyboru do kogo owa pomoc trafi, a po drugie satysfakcję z robienia dobrych uczynków. Kolejną kwestią, która dyskwalifikuje państwo jako organizację charytatywną jest to, że taka działalność jest zwyczajnie demoralizująca, powodująca największą znieczulicę. Trudno się dziwić, jeżeli państwo zajmuje się wszystkimi biednymi, niepełnosprawnymi, niedołężnymi, to po co my mamy pomóc konkretnemu bliźniemu, który akurat stanął nam na drodze?

środa, 4 maja 2011

Takie tam wywody o walce z kibolami

Nasz premier to urodzony fighter! Ledwo co rozprawił się z twardymi dopalaczami i twardym hazardem, a już zabiera się za kolejną walkę, tym razem z twardym kibicowaniem. Otóż będzie decydować kto wejdzie na stadion, a kto nie, a także który stadion ma być zamknięty.

Rzecz jasna to raczej kolejna kampania, która ma pokazać jak wiele rząd robi w każdej kwestii i jak rozwiązuje problemy wszystkich obywateli. Przerażające jest to, że najwidoczniej podobne deklaracje (i co gorsza - działania) są jak najbardziej oczekiwane przez społeczeństwo. Twierdzenie, iż państwo  (ba! wręcz władze centralne!) powinno zajmować się tym wszystkim, jest przyjmowane jako całkiem naturalne. Tymczasem, powtarzając za klasykiem: Rząd nie jest rozwiązaniem problemu, rząd jest problemem. Nie ma żadnego powodu, aby z rozrób na meczach robić problem państwowy. A odgórne, centralne działania z pewnością nie przyniosą w tej kwestii żadnych zmian, jeżeli do tej pory problemy z utrzymaniem porządku były w mniejszej skali.

piątek, 29 kwietnia 2011

Ślub Stulecia (?), czyli nudny XXI wiek

Wiem, że pisanie o dzisiejszym osławionym Royal Wedding jest wyjątkowo tendencyjne, jednak nie potrafię się oprzeć pokusie. Może to przez ilość materiałów w TV i tweetów o ślubie brytyjskiego księcia i jego wybranki? W każdym razie daruję sobie komentowanie przebiegu uroczystości i innych takich, bo zwyczajnie jej nie oglądałem. Zresztą jak chyba większość osób. W końcu nawet nie zwróciłbym uwagi na to wydarzenie, gdyby nie cała kampania medialna.
Z całego tego zamieszania najbardziej bawiło mnie określenie "Ślub Stulecia", które pojawiało się wielokrotnie. Otóż wpisuje się ono w serię haseł typu "Zima Stulecia", "Walka Stulecia" itp. i podobnie jak w przypadku tych pozostałych - jest mocno przesadzone. Wszakże książę William to raczej współczesny celebryta niż monarcha posiadający jakąś realną władzę (chyba, że do objęcia przez niego władzy coś się zmieni). Zresztą zwróćmy uwagę na to, że to stulecie dopiero się zaczyna, toteż gdyby wszystkie wydarzenia stulecia miały miejsce w pierwszej dekadzie, to pozostałe byłyby strasznie nudne.

sobota, 2 kwietnia 2011

W USA płonie Koran, a w Pakistanie kościoły...

Jak donosi portal Fronda.pl:
Kontrowersyjny pastor  Terry Jones spowodował kryzys dyplomatyczny po tym jak w zeszłym roku ogłosił,  że zamierza spalić Koran w rocznicę zamachów 11 września. Teraz pastor wytoczył proces Koranowi i spalił go w kościele.
Pastor [...] zorganizował kilka tygodni temu imitację procesu sądowego, w którym Koran został uznany winnym wielu przestępstw i został skazany na „śmierć” w płomieniach.  Egzekucji dokonano w małym kościele w Gainesville na Florydzie.

Spalenie świętej księgi islamu rozwścieczyło muzułmanów w Pakistanie, którzy postanowili się zemścić, atakując... tamtejszych chrześcijan, ale zupełnie niezwiązanych z Amerykaninem, bo wiernych Kościoła Rzymskokatolickiego. Wprawdzie sytuacja chrześcijan w tym kraju w ostatnim czasie i tak nie była zbyt różowa, jednak raczej też niezbyt im owe show protestanckiego duchownego pomogło. Niestety można tutaj wysnuć wniosek, że w pewnym sensie winę ponoszą tutaj środki masowego przekazu. Wszakże, gdyby nie one, raczej wątpliwe by było, że ktokolwiek na Bliskim Wschodzie wiedziałby o istnieniu Terry'ego Jonesa, a co dopiero wiedziałby co robi on z Koranem.
Nie tędy droga.

poniedziałek, 14 marca 2011

Co to znaczy Nowoczesna Polska? I czy gospodarka jest najważniejsza?


Dużo czasu minęło od mojego ostatniego wpisu, ale wreszcie nadszedł czas na 150. wpis na Zbychowcowie!
[uwaga! wpis zawiera treści sarkastyczne i ironiczne! pozdro dla kumatych!]

Tym razem postanowiłem wziąć pod lupę program stowarzyszenia, czy też partii (bo ponoć jest jednym i drugim) Ruch Poparcia Palikota. Swego czasu w temacie Polityka na forum RRR pozwoliłem sobie odpowiedzieć na entuzjastyczne propagowanie programu RPP przez jedną z członkiń tegoż ruchu (akcentując, że ta partia planuje zalegalizować marihuanę) w następujący sposób:
Palikot to taka wydmuszka ideologiczna, że wierzenie w jego "programy" uważam za kompletną bzdurę, a program nawet jak na lewacką partię to stek kompletnych bzdur
Przyznam, że moja odpowiedź była raczej impulsywna i być może była niezbyt przemyślana. Nic dziwnego, że nie musiałem długo czekać na reakcję:
Czytałeś jego program ,że nazywasz to partią lewacką?? Bardzo ciekawe. Wolę wierzyc w bzdury niż życ w takiej rzeczywistości w jakiej żyje. [pogrubienie moje] Poza tym kompletnie nie masz pojecia jak wyglada schemat RPP skoro mówisz o samym Palikocie. On nawet nie jest członkiem ani dyrektorem jest twarzą a program czlonkowie pisza i tworzą sami.
Cóż, po takiej odpowiedzi nie pozostało mi nic innego jak zaprzędz swoją wolę i przeczytać ten cudowny i rewelacyjny program. Dla tych, którzy nie mają na to czasu lub ochoty streszczę tutaj. Program ma 32 strony, ale swobodnie zmieściłby się i na dwudziestu, z uwagi na liczne puste strony i szerokie marginesy. No ale nie bądźmy złośliwi.
Faktycznie, sam Janusz Palikot nie jest w kierownictwie RPP, w programie pojawia się co najwyżej jako przykładowy bohater, ale osobiście wątpię, że nie ma on żadnego wpływu na to, co dzieje się, było nie było, pod jego patronatem.
Już sam tytuł programu - Nowoczesna Polska - może dać jakieś pojęcie o tym, czego można się spodziewać po jego treści, czyli powszechnej obecności "ducha nowoczesyzmu". Autorzy tekstu nie ukrywają, że chcą zdecydowanych zmian:
Powstaliśmy, aby dokonać nowoczesnej zmiany, a gdy ona nastąpi, to się rozejdziemy. Rozdzielamy funkcje administracyjne i polityczne w naszym ruchu, a także funkcje stowarzyszenia i partii.
Pierwszą kwestią jest więc, jak łatwo się domyślić - kwestia rozdzielenia Kościoła i państwa. Rzecz jasna w iście zapaterowskim stylu. RPP podnosi więc postulaty zerwania konkordatu, likwidacji komisji majątkowej (innymi słowy są przeciwni zwracaniu zrabowanych przez czerwonych bandytów majątków do rąk ich prawowitych właścicieli), likwidacji lekcji religii w szkołach, zabronienia finansowania z państwowej kiesy remontów świątyń itd. Z lektury pierwszego rozdziału programu człowiek, który urodził się wczoraj i kompletnie nie zna realiów życia codziennego, mógłby wywnioskować, że w Polsce premier nie może nawet pierdnąć bez zgody biskupa. 
Boli też stoważyszenie (lub partię) obecność duchownych na uroczystościach państwowych:
Pokazywanie się osób duchownych w strojach o symbolice religijnej w czasie ważnych uroczystości państwowych to zacieranie różnicy między państwem a Kościołem. To rodzaj presji, która nie powinna mieć miejsca. Takie postępowanie prowadzi do kuriozalnych sytuacji, gdy nawet zwykłe otwarcie szkolnego boiska sportowego odbywa się w formie poświęcenia.
Dlatego też ma na to bardzo prostą receptę na tę jakże istotną kwestię -  Zakaz udziału osób duchownych w uroczystościach świeckich. Jakie to proste!
Ciekawa jest też propozycja RPP w sprawie lekcji religii:
Uznajemy, że w ciągu dwóch lat Kościół powinien ponownie przygotować sale katechetyczne na powrót lekcji religii, ale już od razu należy wstrzymać płatności na rzecz nauczycieli religii. Jest to wyłącznie kwestia rozporządzenia ministra edukacji narodowej.
Innymi słowy, wg programu RPP przez dwa lata katecheci powinni pracować za darmo. Potwierdza to dodatkowo argument teologiczny (!):
Nauka religii za pieniądze to wstyd i hańba dla Kościoła. To całkowity upadek etosu nauczania Chrystusa.

To o tyle ciekawe, że w przeważającej większości programu RPP ma gdzieś wszelkie etosy i inne takie, a (jak przystało na partię demokratyczną) odwołuje się do tzw. woli większości (na dodatek raczej bezpodstawnie) albo do kardynalnego argumentu: "wszędzie tak jest to i u nas musi" (wszędzie czyli tam, gdzie jest akurat tak, jak powinno być wg RPP), jak na przykład na początku rozdziału pt. Sprawy Światopoglądowe:

Większość obywateli w Polsce nie zgadza się na to, aby kompromisy światopoglądowe zawarte w latach dziewięćdziesiątych wciąż obowiązywały. Wejście do Unii Europejskiej, praca 3 mln Polaków na Zachodzie, setki tysięcy studentów poza granicami naszego kraju, przemiany demograficzne, a także skandaliczna rola Kościoła w czasie tragedii smoleńskiej (?!) i późniejszej kampanii prezydenckiej spowodowały gwałtowne przemiany światopoglądowe.
Przemiany te wg autorów programu są uzasadnieniem do realizacji następujących postulatów:

  • Legalizacja związków partnerskich bez prawa do adopcji
To tak typowy lewicowy postulat, wynikający z przeświadczenia, iż wszystko co dotyczy więcej niż jednej osoby musi być zarejestrowane w urzędzie, że nawet nie trzeba tego za bardzo komentować. Jedynym ewenementem jest ten brak prawa do adopcji (technika małych kroków jak mniemam).
  • Legalizacja miękkich narkotyków
O dziwo, ten postulat akurat ma sens, chociaż nie mam pojęcia co może mieć wspólnego z jakimiś przemianami światopoglądowymi, bo byłoby to zwyczajne zniesienie takiej bzdury, jaką jest karanie za posiadanie substancji lub przedmiotów zakazanych. RPP jednak nie chodzi o wolność osobistą obywateli, ale "otoczenie tej grupy [użytkowników miękkich narkotyków] szczególną opieką". Czyżby oznaczało to powstanie nowych Izb Wytrzeźwień dla marihuanistów??
  • Liberalizacja ustawy aborcyjnej
Czyli w skrócie: "i tak morduje się w Polsce dzieci, ale w podziemiu aborcyjnym. Trzeba więc pozwolić na dokonywanie tego legalnie, a wyrodnym matkom zapewnić jak najlepszą opiekę". Świetnie ujął to Janusz Palikot porównując na niedzielnym spotkaniu w Tarnowie aborcję do produkcji bimbru i kiełbasy:

  • Finansowanie z budżetu liberalnej ustawy o in vitro (?!!)
Tak, mi też łączenie słów "liberalna" i "finansowana z budżetu" zupełnie nie pasują. Rzecz jasna technika ta uznawana jest tutaj jako jedyny lek na bezpłodność.
  • Takie same pensje kobiet i mężczyzn
Kolejny klasyczny postulat. Rzecz jasna równości ma pilnować odpowiedni urząd równościowy, co spowoduje, jak łatwo się domyślić, znaczny spadek wysokości pensji zarówno kobiet, jak i mężczyzn. Ale przynajmniej będzie równo.
  • Dostęp do środków antykoncepcyjnych za darmo
  • Dostęp za darmo do internetu
Dwa ostatnie postulaty w "sprawach światopoglądowych" to już populizm w czystej formie. Żal mi ludzi, którzy wierzą w takie bzdury jak "darmowość", zwłaszcza w wykonaniu państwa.
Po tym rozdziale, który w większości postuluje powstawanie nowych urzędów i instytucji, które zajmą się kontrolowaniem kolejnych dziedzin życia, dość zaskakujący jest następny, poświęcony walce z biurokracją! Ten rozdział jest akurat w miarę sensowny, chociaż ma na celu nie tyle ograniczenie ilości urzędników, co zmianę ich kompetencji na bardziej służalcze wobec obywateli, głównie poprzez wykorzystanie rozwiązań ustawy Wilczka. Zmiany takie są oczywiście koniecznie, ale moim zdaniem niewystarczające, zwłaszcza przy jednoczesnych pomysłach wprowadzania nowych urzędów od "nowoczesności". Niemniej, doceniam nawet taki głos rozsądku w tym programie.
Kolejny rozdział poświęcono tzw. Naprawie polskiej polityki, przez co Stowarzyszenie rozumie zlikwidowanie senatu, zmniejszenie liczby posłów, wprowadzenie systemu mieszanego w ordynacji wyborczej (50% z metody większościowej i 50% z okręgów jednomandatowych) i ogólną demokratyzację życia publicznego (w tym kadencyjność prezesów partii). Zabiegi takie miałyby dopuścić do władzy posłów bezpartyjnych i wprowadzenie młodych pokoleń w miejsce starych. Ma to niby jakiś sens, chociaż moim zdaniem to raczej złudne twierdzenie, że poziom naszej klasy politycznej to wynik tylko tego,ty że brak "świeżego narybku". To raczej kwestia ekosystemu, który przyciąga idiotów, cwaniaczków i złodziei, którzy czują się tam jak ryby w wodzie (czego dość wyrazistym przykładem jest lider, czy też może patron Ruchu).
Przedostatni rozdział programu poświęcony jest gospodarce. Trochę to dziwne, że na 32 stronach tekstu pod tytułem "Gospodarka jest najważniejsza" pojawia się o niej dość krótka, bo tylko 3-stronicowa wzmianka i to na samym końcu. W dodatku znowu z jednej strony pojawiają się w miarę sensowne pomysły ograniczenia deficytu budżetowego i obniżenia podatków, zaś z drugiej wizja stworzenia Ministerstwa Przedsiębiorczości (w miejsce Ministerstwa Gospodarki, tak jakby przedsiębiorstwom wystarczająco nie przeszkadzały już istniejące ministerstwa), obniżenie wydatków na wojsko (bo jak wiadomo polski lotnik poleci i na drzwiach od stodoły) i inne niezbyt przemyślane pomysły.
Kwestię wojska podniesiono także w ostatnim rozdziale, proponując przeniesienie wydatków z armii na... kulturę:

Polska – po doświadczeniach drugiej wojny światowej, ale też całej naszej historii – powinna wyzbyć się w polityce zagranicznej jakichkolwiek elementów militarnych. [...] Tym, co chroniło Polskę jako wspólnotę, była i będzie kultura. Kulturze jednak nie można stawiać takich zadań. Ona sama je realizuje wówczas, kiedy jest prawdziwie wolna.
Piękny pacyfistyczny manifest, problem w tym, że kultura, która ponoć nas zawsze chroniła nigdy nie była finansowana z budżetu... ba! Najlepiej się miała, gdy wręcz władze państwowe ją tępiły.

Podsumowując, może nie można RPP nazwać organizacją lewacką. Zdarzają się w programie tego ugrupowania sensowne postulaty, niestety giną one w gąszczu zupełnie idiotycznych lub niebezpiecznych pomysłów. Niektóre punkty są wręcz jawnie sprzeczne z innymi, bo jak można jednocześnie ograniczać biurokrację, zmniejszać deficyt etc. i wprowadzać regulacje rodem z "państwa opiekuńczego"? Ponadto postać "patrona" i sposób uprawiania przez niego polityki raczej nie powinien zachęcić nikogo rozsądnego do poparcia tej opcji.

środa, 2 lutego 2011

O niemoralności unikania podatków

Ostatnio miałem okazję przeczytać pewien artykuł, w którym opisywano, jaki to skandal, że Ingvar Kamprad - założyciel i właściciel IKEI - unikał nadmiernego opodatkowania poprzez wykorzystywanie luk prawnych (czyli całkiem legalnie). Jak można przeczytać w artykule Jędrzeja Bieleckiego:
Firma pokazywała się jako uczciwa i kierująca się wartościami. Rzeczywistość jest jednak zupełnie inna. Pod maską skrywa się bowiem potwór. Szwedzki koncern meblowy wykorzystuje tajemniczą fundację, dzięki której unika płacenia podatków. 
Z uwagi na to, że nie chcę być posądzany o powielanie wpisu pana Roberta Gwiazdowskiego, przytoczę jeszcze jeden przykład potwora, który oszukuje, ba! okrada państwa, w których działa, ale unika opodatkowania. Mowa tu o poczciwym gigancie internetowym Google. Jak dowiedziałem się z pewnego tekstu:
Skomplikowana struktura, wykorzystywana przez Google do uchronienia swoich pieniędzy przed podatkami, wzbudziłaby podziw księgowych sycylijskiej mafii. Podczas gdy większość amerykańskich korporacji płaci ze swoich zamorskich dochodów podatki między 4,5 a 25,8%, Google udało się ujść z podatkiem na poziomie 2,4%, dzięki czemu od 2007 roku zaoszczędziło 3,1 mld dolarów, a w samym 2009 roku podbiło swoje dochody o 26%.
(...)
Podobny system transferu zysków (przez Irlandię na Bermudy) stosuje też Microsoft – a z kolei Facebook przygotowuje się do uruchomienia jego wariantu, w którym pieniądze docelowo znajdą się na Kajmanach.
No cóż, wypada tylko pogratulować gospodarności i pomysłowości tym firmom. No ale zaraz, chwileczkę! Przecież to nieetyczne, to niemal zbrodnia! Z tekstu można się dowiedzieć, że:

W sytuacji, gdy inne, mniejsze firmy płacą podatki i napędzają gospodarkę swoich krajów, ponadnarodowym korporacjom na sucho uchodzi kradzież w biały dzień. Zdaniem Kimberly A. Clausing, profesor ekonomii z Reed College, manipulacje finansowe tego typu rocznie kosztują same Stany Zjednoczone 60 mld dolarów. Ile tracą inne kraje – tego nie wiadomo.
Ciekawe w jaki sposób płacenie podatków napędza gospodarkę. Zawsze myślałem, że jedyne co napędzają podatki to państwo. Gospodarka na takiej "kradzieży" wychodzi jak najlepiej. Gospodarka - czyli producenci i konsumenci. Ci pierwsi, redukując sztuczne, nierynkowe koszta, mogą obniżać ceny swoich usług oraz zatrudniać nowych pracowników. Trzeba być ekonomicznym idiotą, aby sądzić,  żeby sądzić, że te pieniądze są "przeżerane" przez właścicieli. Tak by było, gdyby te pieniądze trafiły do budżetów państw. Nadmierne zadłużenie USA, Irlandii czy innych państw nie jest spowodowane bynajmniej unikaniem opodatkowania przez firmy w nich funkcjonujące. Niepłacenie 60% haraczu w Szwecji na instytucje, które odbierają dzieci rodzicom i strzegą "poprawności politycznej" uważam wręcz za bohaterstwo! Co więcej, państwa (a właściwie rządy) same są sobie winne, że takie sumy pieniędzy prześlizgują się im między palcami. W końcu to one stworzyły na tyle skomplikowane i zawierające mnóstwo dziur przepisy, że same nie potrafią ich egzekwować.
Niemoralność takich działań polega podobno również na tym, że mniejsze spółki nie mogą skorzystać z tego typu rozwiązań. Otóż mogą, tylko albo je nie stać, albo też nie mają aż takich korzyści skali. Przypomnę tylko, że zarówno IKEA, Google, czy nawet Microsoft nie narodziły się jako duże, międzynarodowe firmy. Do swojej pozycji doszły poprzez dążenie do tworzenia produktów, które zadowolą ich klientów. Co więcej, pozycję tę mogą stracić, jeżeli przestaną spełniać te funkcje.

sobota, 11 grudnia 2010

ONZ będzie walczyć ze zmianami klimatu - miliardami dolarów

Plaża w Cancún, zdjęcie na licencji Creative Commons, źródło

I stało się. Jak się dzisiaj dowiedziałem ze strony Gazety Prawnej w meksykańskim kurorcie Cancún (jak ktoś nie wie gdzie to, to poniżej mapka) przyjęto w sobotę (to trochę podejrzana data, ale tylko opieram się na źródle) tzw. porozumienie przewidujące serię mechanizmów w ramach walki ze zmianami klimatycznymi.


Wyświetl większą mapę

Klimat do prowadzenia rozmów o globalnym ociepleniu z pewnością był sprzyjający, bo aktualnie temperatury w Cancún wahają się między 15 a 25°C, toteż kto by śmiał powiedzieć, że mu zimno. Nic więc dziwnego, że 200 delegatów entuzjastycznie przyjęło nowe postanowienia, na których mocy ma być stworzony m.in. Zielony Fundusz Klimatyczny, który do 2020 roku ma obracać 200 mld dolarów (rzecz jasna także zielonych). Jak można przeczytać w artykule:
Ma on być przeznaczony na ograniczanie wzrostu średniej temperatury na świecie oraz na pomoc krajom rozwijającym się w ochronie ich lasów.
O ile wspieranie biednych krajów w ochronie lasów można uznać za całkiem możliwe (choć jakiś taki mało przekonywujący) to ograniczanie wzrostu średniej temperatury na świecie (o ile taki zachodzi) jest zwykłym absurdem, dowodzącym niesłychanej pychy osób tam obradujących.
Czytając artykuł przez chwilę coś obudziło we mnie nadzieję:
Boliwia, która jako jedyna sprzeciwiała się przyjęciu dokumentu, zapowiedziała, że odwoła się w tej sprawie "do wszystkich instancji międzynarodowych".(...)
Niestety, okazała się ona złudna:
(...)Zdaniem Boliwii porozumienie nie idzie dostatecznie daleko w ograniczaniu zmian klimatycznych.
Cóż, trzeba się pogodzić z tym, że cała masa naszych pieniędzy będzie wykorzystywana do daremnej walki ze zmianami klimatycznymi, na które człowiek nie ma żadnego wpływu i oby nigdy nie miał. Na co w takim razie będą szły te astronomiczne kwoty? Jak nietrudno się domyślić - na badania, które mają uzasadnić istnienie tego funduszu.

wtorek, 8 czerwca 2010

Telewizja kłamie


Witam, wracam po miesięcznej przerwie, praca prawie napisana, a potrzebuję czasami jakiejś odskoczni od ciągłego pisania o bankowości elektronicznej i społeczeństwie informacyjnym, toteż postanowiłem poruszyć temat wolnościowy i polityczny. Tytuł notki może dość trywialny i oczywisty, jednak w moim głębokim odczuciu temat warty poruszenia.
O manipulacjach medialnych miałem już okazję pisać przy okazji walki o Wolny Internet (nawiasem mówiąc, prawdopodobnie przegranej za sprawą głosów euro(pseudo)prawicy z naszego "kochanego" Parlamentu Europejskiego, o czym można szerzej poczytać tutaj). Z okazji zbliżających się wyborów coraz większą uwagę zaczęłem zwracać na manipulacje, jakich dokonuje Telewizja Publiczna, jak zresztą i inne media, które w zasadzie mówią tylko o swoich pupilkach zajmujących najwyższe miejsca w ICH sondażach! A techniki zmanipulowania wypowiedzi są aż nazbyt naiwne. Wycina się jakiś wyrwany z kontekstu fragment wypowiedzi i odpowiednio wkomponowuje w wypowiedź

Poniżej przykład manipulacji TVP wypowiedzią JKM z 2005 roku, a więc sprzed wyborów prezydenckich.


Gdy nie ma się czego zmanipulować, bo program leci na żywo to zawsze można kandydata nie wpuścić do studia

No i oczywiście najnowsze "rewelacje"

Przykłady można zresztą mnożyć w nieskończoność, skupiłem się na tym przykładzie, gdyż właśnie na Janusza Korwin-Mikke zamierzam oddać swój głos w tegorocznych wyborach i takie postępowanie wobec mojego kandydata szczególnie mnie irytuje.
Przeraża mnie, że na podstawie takich właśnie zakłamanych mediów ogromna większość wyborców podejmie decyzję o swoim głosie w wyborach prezydenckich.