Wczoraj wrzuciłem pierwszą część mojej relacji z festiwalu, dzisiaj pora na drugą. Z początku wszystko miało się zmieścić w jednej notce, ale tak będzie pewnie i czytelniej i wygodnie, poza tym wczoraj nie mogłem siedzieć już dłużej przy kompie - rano do pracy trzeba jednak wstać.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą festiwal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą festiwal. Pokaż wszystkie posty
piątek, 31 lipca 2015
czwartek, 30 lipca 2015
Wspomnienia z 3. Festiwalu Ukulele w Czechach cz. 1
Dawno nie pisałem tutaj, a szkoda :) . Jest jednak w końcu okazja do powrotu do starych dobrych tradycji, bo właśnie wróciłem z czeskiego Festiwalu Ukulele. Zapraszam więc do przeczytania mojej małej relacji z tego wydarzenia.
poniedziałek, 2 sierpnia 2010
Globaltica World Cultures Festival 2010
W zeszły weekend odwiedziłem Trójmiasto! Nie była to jednak jakaś tam wycieczka, ani tym bardziej wyprawa na plażę. Wybrałem się nad Zatokę Gdańską, ponieważ odbywał się tam festiwal Globaltica. Jak doczytałem się ze strony festiwalu - jego historia sięga roku 2005, na jego scenie występowali m.in Sinnead O'Connor czy Burning Spear. Nie ogranicza się tylko do występów muzycznych, ale także wystaw i warsztatów. Ja przyjechałem tylko na jeden dzień, czy może raczej popołudnie, toteż nie miałem okazji wyjść poza sferę muzyczną. Zresztą na festiwal przyciągnęła mnie jedna konkretna grupa - Ska Cubano! O pozostałych punktach festiwalu nie wiedziałem w sumie zbyt wiele, no może za wyjątkiem Psio Crew.
Do Gdyni pojechałem koleją, korzystając z oferty Przewozów Regionalnych - tzw. biletu turystycznego. Bilet taki pozwala na podróżowanie pociągami REGIO po całej Polsce od piątkowego wieczoru do poniedziałkowego poranka, a więc przez cały weekend. Wyruszyłem ok. 5 rano, po 12 (zaliczając po drodze przesiadkę w Olsztynie) dotarłem do Gdyni. Z dworca odebrał mnie mój kolega, u którego dostałem smaczny obiad i u którego wypiliśmy ze dwa piwka. Postanowiłem spróbować czegoś regionalnego, w osiedlowym sklepiku (bardzo przyzwoicie zaopatrzonym - m.in. w ukraińskie piwa takie jak Obołoń czy Lwowskie) wypatrzyłem piwo Kaper z okrętem na etykiecie.
W sumie muszę przyznać, że zasugerowałem się ceną - piwko kosztowało jakieś 4 zł, więc liczyłem na coś specjalnego. Niestety - rozczarowanie na całej linii. Dopiero w domu kolegi doczytałem się na kontretykiecie, że producentem jest Grupa Żywiec, więc takie regionalne jak z koziej dupy waltornia. Na dodatek okazało się, że jest to piwo mocne, beznadziejnie słodkie, którego jedyną zaletą była bodaj ładna bursztynowa barwa. No i w dodatko wyczuwalny smak jakiegoś wzmacniacza dopełnił czary goryczy. Nie polecam.
Żeby nie było, że byłem nad morzem, a morza nie widziałem, udaliśmy się po drodze na plażę. Pogoda jednak nie była plażowa, co chyba widać na zdjęciu.
Następnie skierowaliśmy się komunikacją miejską (trolejbus to świetny wynalazek - jadąc wydaje odgłosy niczym pracująca pralka). Zakupiwszy w pobliskim EMPIKu bilety wstępu na festiwal (18 zł sztuka), wyruszyliśmy do parku Kolibki, gdzie stała festiwalowa scena.
Warto wrócić tutaj do tematu pogody. Otóż cały dzień praktycznie jak nie padało, to zbierało się na burzę. Tak samo także było wieczorem na terenie festiwalu. Na szczęście nie było ciągłych i intensywnych opadów. Nie przeszkadzały one publiczności w odbiorze.
Psio Crew dali bardzo przyzwoity koncert. Trzeba przyznać, że podoba mi się ich połączenie muzyki góralskiej z innymi gatunkami muzycznymi.
Jako druga wystąpiła grupa Troitsa z Białorusi. Jak nietrudno się domyślić - składała się z trzech muzyków: perkusisty, gitarzysty oraz wokalisty, który akompaniował dodatkowo różnymi instrumentami ludowymi.
Fajnie panowie grali, piękne dźwięki. Niestety dla kogoś, kto od 4:00 był na nogach (czyli mnie), spokojna muzyka niemal usypiała, toteż kręciłem się to tu, to tam, próbując się jakoś przebudzić.
Następną artystkę - Mercedes Peón - przesiedzieliśmy na ławce piwkując i zbierając siły przed gwiazdą wieczoru. Warto tu zaznaczyć, że festiwalowym piwem były Złote Lwy, całkiem przyzwoity produkt browaru Amber. Bardzo przypadło mi do gustu takie rozwiązanie.
Jedynym drobnym mankamentem festiwalu była, moim zdaniem, lekko niewystarczająca ilość TOI TOIów. Czasem trzeba było do kibla czekać dość długo.
Koncert Ska Cubano był wybuchową mieszanką kubańskiego i jamajskiego temperamentu. Grupa wykonała serię swoich sztandarowych numerów, będących mieszaniną ska i brzmień prosto z Kuby. Nie brakowało żywiołowej interakcji z publicznością i wielu instrumentalnych solówek. Doskonały przysmak na zakończenie festiwalowego dnia!
Pokuszę się teraz na podsumowanie. Wypad na festiwal uważam za jak najbardziej udany! Nie tylko odwiedziłem Gdynię, której nie widziałem chyba od czasów podstawówkowych, a także posłuchałem wielu bardzo ciekawych zespołów i wykonawców. Polecam gorąco to wydarzenie kulturalne!
Do Gdyni pojechałem koleją, korzystając z oferty Przewozów Regionalnych - tzw. biletu turystycznego. Bilet taki pozwala na podróżowanie pociągami REGIO po całej Polsce od piątkowego wieczoru do poniedziałkowego poranka, a więc przez cały weekend. Wyruszyłem ok. 5 rano, po 12 (zaliczając po drodze przesiadkę w Olsztynie) dotarłem do Gdyni. Z dworca odebrał mnie mój kolega, u którego dostałem smaczny obiad i u którego wypiliśmy ze dwa piwka. Postanowiłem spróbować czegoś regionalnego, w osiedlowym sklepiku (bardzo przyzwoicie zaopatrzonym - m.in. w ukraińskie piwa takie jak Obołoń czy Lwowskie) wypatrzyłem piwo Kaper z okrętem na etykiecie.
W sumie muszę przyznać, że zasugerowałem się ceną - piwko kosztowało jakieś 4 zł, więc liczyłem na coś specjalnego. Niestety - rozczarowanie na całej linii. Dopiero w domu kolegi doczytałem się na kontretykiecie, że producentem jest Grupa Żywiec, więc takie regionalne jak z koziej dupy waltornia. Na dodatek okazało się, że jest to piwo mocne, beznadziejnie słodkie, którego jedyną zaletą była bodaj ładna bursztynowa barwa. No i w dodatko wyczuwalny smak jakiegoś wzmacniacza dopełnił czary goryczy. Nie polecam.
Żeby nie było, że byłem nad morzem, a morza nie widziałem, udaliśmy się po drodze na plażę. Pogoda jednak nie była plażowa, co chyba widać na zdjęciu.
Następnie skierowaliśmy się komunikacją miejską (trolejbus to świetny wynalazek - jadąc wydaje odgłosy niczym pracująca pralka). Zakupiwszy w pobliskim EMPIKu bilety wstępu na festiwal (18 zł sztuka), wyruszyliśmy do parku Kolibki, gdzie stała festiwalowa scena.
Warto wrócić tutaj do tematu pogody. Otóż cały dzień praktycznie jak nie padało, to zbierało się na burzę. Tak samo także było wieczorem na terenie festiwalu. Na szczęście nie było ciągłych i intensywnych opadów. Nie przeszkadzały one publiczności w odbiorze.
Psio Crew dali bardzo przyzwoity koncert. Trzeba przyznać, że podoba mi się ich połączenie muzyki góralskiej z innymi gatunkami muzycznymi.
Jako druga wystąpiła grupa Troitsa z Białorusi. Jak nietrudno się domyślić - składała się z trzech muzyków: perkusisty, gitarzysty oraz wokalisty, który akompaniował dodatkowo różnymi instrumentami ludowymi.
Fajnie panowie grali, piękne dźwięki. Niestety dla kogoś, kto od 4:00 był na nogach (czyli mnie), spokojna muzyka niemal usypiała, toteż kręciłem się to tu, to tam, próbując się jakoś przebudzić.
Następną artystkę - Mercedes Peón - przesiedzieliśmy na ławce piwkując i zbierając siły przed gwiazdą wieczoru. Warto tu zaznaczyć, że festiwalowym piwem były Złote Lwy, całkiem przyzwoity produkt browaru Amber. Bardzo przypadło mi do gustu takie rozwiązanie.
Jedynym drobnym mankamentem festiwalu była, moim zdaniem, lekko niewystarczająca ilość TOI TOIów. Czasem trzeba było do kibla czekać dość długo.
Koncert Ska Cubano był wybuchową mieszanką kubańskiego i jamajskiego temperamentu. Grupa wykonała serię swoich sztandarowych numerów, będących mieszaniną ska i brzmień prosto z Kuby. Nie brakowało żywiołowej interakcji z publicznością i wielu instrumentalnych solówek. Doskonały przysmak na zakończenie festiwalowego dnia!
Pokuszę się teraz na podsumowanie. Wypad na festiwal uważam za jak najbardziej udany! Nie tylko odwiedziłem Gdynię, której nie widziałem chyba od czasów podstawówkowych, a także posłuchałem wielu bardzo ciekawych zespołów i wykonawców. Polecam gorąco to wydarzenie kulturalne!
wtorek, 6 lipca 2010
RealBeat Festiwal - Žízníkov u České Lípy
W niedzielę wróciłem z mojego pierwszego zagranicznego wypadu na festiwal, z Žízníkova pod Czeską Lipą.
W zasadzie może nie mogę powiedzieć, że byłem na całym festiwalu, bo przyjechałem do Czeskiej Lipy dopiero w piątek wieczorem. Dojazd miałem pierwsza klasa, pociągami z biletem Euro-Nysa, przesiadając się w Görlitz, Zittau i Libercu (startowałem z Bolesławca).
W Libercu miałem na tyle dużo czasu na przesiadkę, że postanowiłem odwiedzić pobliski sklep i zaopatrzyć się w regionalne przysmaki - Svijany (10%) i Bernarda (tutaj zaw. ekstraktu już nie pamiętam). Pozwoliło to, mimo upału, na całkiem przyjemną podróż, chociaż po tych smakołykach o mało nie wsiadłem przez pomyłkę do pociągu do Pragi. Na szczęście jednak znalazłem właściwą drogę, dzięki koleżance z organizacji festiwalu. Miejscowi przywitali mnie bardzo gościnnie, może nawet za bardzo. Co by tu dużo nie mówić - obudziłem się rano w śpiworze koło jakiegoś samochodu. Moi towarzysze bowiem tej nocy nie zdążyli jeszcze dojechać stopem z namiotem. Dotarli rano, zaraz po przebudzeniu poszedłem ich szukać i znaleźć. Z uwagi na upał, który trzymał właściwie cały dzień, postanowiliśmy udać się nad pobliską rzeczkę-błotniczkę. Strasznie zamulona rzeczka, ale można było się przynajmniej lekko obmyć i schłodzić.
Po tej kąpieli postanowiłem wyruszyć do miasta na zakupy. Opróżniając plecak ze zbędnego bagażu ruszyłem raźnym krokiem w stronę Czeskiej Lipy, łapiąc szybko stopa, który podwiózł mnie prosto do Kauflandu, a tam - wszystko co najlepsze: Svijany, Bernardy, Primatory, a także inne prowianty. Powrót okazał się trudniejszy, gdyż nikt nie chciał mnie podwieźć. W południowym skwarze musiałem maszerować kilka ładnych kilometrów. Zresztą widać tę trasę na poniższej mapce.
Po powrocie poszliśmy z moimi koleżkami na teren festiwalu. Wykupiłem bilet na III dzień - 450 koron. Trzeba przyznać, że teren festiwalu robił wrażenie: około 5 scen, w tym jedna latino (super reggaetonowa selekcja cały dzień), jedna dubowa, oczywiście także scena główna, na której odbywały się koncerty. Wrażenie robiła także gastronomia, oferująca bardzo różnorodne jedzenie. My upodobaliśmy sobie najbardziej naleśniki smażone pod bardzo klimatycznym namiotem.
Dobrym pomysłem był skup zużytych kubeczków - za każdy dostawało się po 2 korony, co sprawiało, że po terenie festiwalu chodziło mnóstwo kubeczkozbieraczy, Łukasz, jeden z moich towarzyszy, uzbierał w ten sposób na kolejny festiwal. Dzięki takiemu zabiegowi na terenie festiwalu panował też porządek, którego wiele festów mogłoby RealBeatowi pozazdrościć.
Długo mógłbym pisać o tym, co działo się przez cały dzień, ale raczej nie byłby to zbyt ciekawy opis. Wystarczy, że napiszę, że w iście wakacyjnym stylu włóczyliśmy się tu i tam po terenie festiwalu i wokół niego. Muzyka prezentowana przez zespoły z głównej sceny była całkiem przyjemna, chociaż jakoś nie miałem ochoty bujać się pod sceną (powód prosty: okropny skwar i brak większej ekipy znajomych). Wspomnę może jeszcze tylko o głównym powodzie, dla którego tam pojechaliśmy: koncercie Toots & The Maytals. Ten prawdziwy klasyk muzyki reggae nie zawiódł swoich fanów, wykonując swoje największe hity, pokazując, że nawet jako 65-latek daje sobie świetnie radę na wokalu (towarzyszący Hibbertowi zespół składał się chyba wyłącznie z młodszych muzyków nie mających nic wspólnego z pierwszym, oryginalnym The Maytals). Momentami jednak wydawało się, że T&TM za bardzo odlatują w stronę bluesa, częste były długie solówki instrumentalne i wymyślne popisy wokalne Tootsa. Koncert oceniam w szkolnej skali na 4+, czegoś zabrakło, a może zbyt wiele się spodziewałem?
Do Bolesławca powróciliśmy tak samo, jak dojechałem - z tym, że tym razem przesiadki były idealnie niemal skomunikowane i cel osiągnąłem w zaledwie 3,5 godziny. Polecam czeskie festiwale, klimat jest wsaniały, no i te dziewczyny, naprawdę pełno pięknych dziewoi kręciło się tu i tam na festiwalu i poza nim :)
Do Bolesławca powróciliśmy tak samo, jak dojechałem - z tym, że tym razem przesiadki były idealnie niemal skomunikowane i cel osiągnąłem w zaledwie 3,5 godziny. Polecam czeskie festiwale, klimat jest wsaniały, no i te dziewczyny, naprawdę pełno pięknych dziewoi kręciło się tu i tam na festiwalu i poza nim :)
niedziela, 15 listopada 2009
Row, fisherman, row...
Zanim jednak zacznę zachwalać zespoły, które stały na całkiem przyzwoitym poziomie, polecą gromy na organizatorów, czyli Planetę Młodych. Przede wszystkim poziom cen piwa i wszelkich innych napojów w środku był skandalicznie wysoki! 6 zł za małą buteleczkę wody to jakiś skandal! 9 zł kosztował LECH w puszce, 8 zł lany (czyli wodny roztwór piwa). Na dodatek połowę stanowisk na korytarzu zajmowała firma propagująca palenie papierosów (z "freedom" w nazwie, szczyt hipokryzji). Na zewnątrz nie można było w czasie trwania festu wyjść, więc każdy kto czuł potrzebę jedzenia czy picia był skazany na narzucone absurdalne ceny. Mimo wszystko w porównaniu do poprzednich lat jest coraz lepiej, wreszcie występy trzymały się mniej więcej line-upu, koncerty zapowiadała kompetentna osoba (Silverdread z Love Sen-C Music), no i przede wszystkim wszyscy artyści wystąpili (pierwszy raz od 3 lat!)!
Poniżej opiszę jakie wrażenie zrobli na mnie poszczególni wykonawcy.NDK - nie trawię tego zespołu, zresztą nigdy nie trawiłem i nie rozumiem szału jaki wywołują oraz tłumów, które przyciągają pod scenę. Owszem, są bardzo energiczni, nie można też powiedzieć że nie umieją chłopaki śpiewać, jednak moim skromnym zdaniem (a z pewnością nie jestem z nim odosobniony) ich teksty są bardzo słabe, o niczym, nie wspomnę już że od wielu lat w kółko śpiewają to samo. Dlatego też popatrzyłem sobie na fragment koncertu z trybun, patrząc na las rąk machających w rytm muzyki tej grupy, taki hiphopowy koncert w rytmach Jamajki...
Nie chciało mi się dłużej słuchać tej ekipy toteż zawinąłem się na scenę soundsystemową, gdzie akurat grał Junior Stress. Prezentował z początku kilka starych, klasycznych numerów, potem zaś sam złapał za mikrofon i zaczął śpiewać.
Niezbyt podobało mi się na sound systemach, bo było jakoś tak duszno, gorąco, tłoczno. Poszedłem rozejrzeć się za znajomymi, w tym czasie na scenie montowało się już United Flavour. Bardzo polubiłem tę grupę od czasu jak widziałem ich na Reggaelandzie w Płocku. Grają bardzo fajną, energiczną muzykę reggae z domieszkami akcentów latynoskich, na dodatek Carmen, ich wokalistka, śpiewa często w swoim ojczystym języku - hiszpańskim, co brzmi świetnie. Niestety, tym razem zespół nie zrobił na mnie tak dobrego wrażenia jak w lipcu na nadwiślańskiej plaży.
Po występie międzynarodowej grupy z Pragi przyszedł czas na grupę z USA - Groundation. Jest to jeden z tych zespołów, na które szczególnie wyczekiwałem i na które najbardziej liczyłem. Nie zawiodłem się! Amerykanie pokazali pełną klasę, zagrali bardzo rootsowo, z elementami dubu czy nawet jazzu, nie zabrakło instrumentalnych popisów solówkowych, poza tym głos Harrisona Stafforda, wokalisty zespołu, sam w sobie moim zdaniem jest fenomenalny.
Następnym artystą, który zaprezentował się na scenie był Dellé, członek zespołu Seeed. Wykonawca ten zrobił na swoim koncercie prawdziwe show! Przede wszystkim rzucało się w oczy, że wszyscy muzycy i sam wokalista zostali ubrani w tym samym, eleganckim, aczkolwiek nie sztywnym stylu. Sekcja dęta, składająca się z puzonisty i puzonistki nadawała nie tylko świetne brzmienie wykonywanym utworom, ale także wprowadzała elementy choreograficzne. Takie elementy sprzyjały loversowo-dancehallowym kawałkom tego artysty i ogólnie oceniam ten koncert jako bardzo dobry.
Gdy Dellé zszedł ze sceny, przyszła pora na gwóźdź programu - legendarną grupę The Congos z Jamajki. Na nich czekałem najbardziej i od pierwszego dźwięku wiedziałem, że będzie to niesamowite przeżycie. Na początku zagrali intro, taki krótki mix riddimów zespołu, pozwoliło to rozbujać publikę. Następnie wkroczyli czterej wokaliści grupy: Watty Burnett, Roydel Johnson, Cedric Myton oraz Kenroy Ffyffe. Tak! Czterech facetów po 60-ce, którzy śpiewali na głosy, poruszając się genialnie po scenie, jakby ich wiek nie miał najmniejszego znaczenia. Zespół wykonał większość swoich hitów, a także kilka nowych, nieznanych mi piosenek. Biła od nich niesamowicie pozytywna energia. Nie zabrakło oczywiście najbardziej znanego kawałka Congosów: Fishermana, wykonanego na końcu koncertu:
Jako ostatni na dużej scenie występował Ras Luta. Postanowiłem obejrzeć chociaż fragment jego koncertu, bo przymierzam się do zrecenzowania jego nowej płyty. Ogólnie rzecz biorąc koncert nie najgorszy, Luta miał całkiem niezły kontakt z publiką, której zgromadził pod sceną, zwłaszcza jak na porę, o której grał (koło 3:00), całkiem pokaźną ilość. Z drugiej strony śmieszne były jego teksty "Ej moi ludzie...", które powtarzał bez przerwy chcąc nawiązać kontakt z publicznością.
Na tym skończył się dla mnie tegoroczny One Love Sound Fest, przed opuszczeniem Hali zajrzeliśmy jeszcze do sali soundsystemowej, gdzie grał Jah Free. Puszczał stare dobre rytmy podśpiewując do tego. Niestety musieliśmy już się zbierać, chociaż słyszałem, że i tak długo już nie pograł.
Podsumowując, One Love może nie jest najlepiej zorganizowanym festiwalem (ba, jest jednym z gorzej zorganizowanych), jednak gwiazdy, które zostają na niego ściągnięte w tym roku zrekompensowały z nawiązką niedogodności spowodowane niekompetencją organizatorów. Wygląda na to, że za rok też pojawię się na nim.
Na tym skończył się dla mnie tegoroczny One Love Sound Fest, przed opuszczeniem Hali zajrzeliśmy jeszcze do sali soundsystemowej, gdzie grał Jah Free. Puszczał stare dobre rytmy podśpiewując do tego. Niestety musieliśmy już się zbierać, chociaż słyszałem, że i tak długo już nie pograł.
Podsumowując, One Love może nie jest najlepiej zorganizowanym festiwalem (ba, jest jednym z gorzej zorganizowanych), jednak gwiazdy, które zostają na niego ściągnięte w tym roku zrekompensowały z nawiązką niedogodności spowodowane niekompetencją organizatorów. Wygląda na to, że za rok też pojawię się na nim.
Etykiety:
Dellé,
dub,
festiwal,
Groundation,
Hala Ludowa,
Jah Free,
NDK,
Ras Luta,
rastafari,
reggae,
relacja,
roots,
The Congos,
United Flavour,
Wrocław,
YouTube
piątek, 3 lipca 2009
Notka z podróży
W chwili, gdy piszę te słowa jestem w drodze do Ostrowa Wielkopolskiego na festiwal Reggae na Piaskach. Mam za sobą pobieżne zwiedzanie Olsztyna (całkiem ładne miasto, trzeba kiedyś jeszcze tu zawitać może z aparatem), a przed sobą koło pięciu godzin jazdy samochodem. Pogoda dopisuje, toteż liczę na świetną zabawę!
Subskrybuj:
Posty (Atom)


