Nowy Rok mamy już od tygodnia, wypada więc przypomnieć w jaki sposób go przywitałem. Tym razem postanowiłem nie spędzać go upijając się na umór ani grając w FIFĘ czy RPG (nie żebym to uważał za jakiś niegodny sposób albo samą noc sylwestrową za jakąś szczególną). Spędziłem go w stolicy na imprezie Roots Revival i Fatty Fatty "New Years Eve Special".
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dub. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dub. Pokaż wszystkie posty
sobota, 8 stycznia 2011
Jak żegnałem rok 2010
Nowy Rok mamy już od tygodnia, wypada więc przypomnieć w jaki sposób go przywitałem. Tym razem postanowiłem nie spędzać go upijając się na umór ani grając w FIFĘ czy RPG (nie żebym to uważał za jakiś niegodny sposób albo samą noc sylwestrową za jakąś szczególną). Spędziłem go w stolicy na imprezie Roots Revival i Fatty Fatty "New Years Eve Special".
czwartek, 25 listopada 2010
Dubska - Loko-loko (recenzja)
Może to nie najświeższe wydawnictwo, bo od premiery krążka minęło już przeszło pół roku, jednak w moje ręce trafił dopiero teraz. Zresztą – trzecia płyta Dubska, wydana po pięciu latach od poprzedniej („Avokado”) to nie lada wydarzenie.
Fanom reggae zespołu Dubska nie trzeba przedstawiać. Bydgoską grupę można spokojnie zaliczyć do polskiej czołówki zespołów wykonujących jamajskomuzyczne gatunki. Zasłynęła również wspólnymi koncertami i płytą nagraną z liderem rosyjskiego zespołu Jah Division – Gerbertem Moralesem.
To co rzuca się od razu w oczy po sięgnięciu po płytę to ciekawy projekt okładki, nawiązującej do znaku drogowego „Uwaga pociąg!” z charakterystyczną czarną lokomotywą. Tutaj jednak parowóz jakby szykował się do odlotu, jego koła znajdują się nad linią szyn, a z komina bucha czerwony płomień! W środku pudełka zresztą możemy znaleźć również książeczkę ze zdjęciami zespołu na peronie dworca (prawdopodobnie bydgoskiego).
Nowy album może nieco zaskoczyć słuchaczy przyzwyczajonych do raczej korzenno-dubowych utworów grupy. Bowiem już pierwszy numer („Kujawiak”) porywa szybkim, skankującym rytmem. Również cover popularnego standardu jazzowego „All of me” (znanego m.in. z wykonania Franka Sinatry czy Louisa Armstronga) utrzymany jest w klimacie ska/rocksteady. Widocznie są to skutki romansu z Całą Górą Barwinków (wspólna trasa koncertowa „Kumple On Tour”). Na płycie znajdują się też utwory nie mieszczące się w klasyfikacji jako reggae – „Barcelona” przywodząca na myśl muzykę hiszpańską oraz funkujące „Gwan” (cover piosenki „Cool and calm” grupy Israel Vibration, dla mnie to największa niespodzianka z tym krążku) lub bluesujące „Whatever”. Udowadnia to, że zespół jest niekonwencjonalny i szuka wciąż nowych doświadczeń z brzmieniami. Także te bardziej „klasyczne” utwory Dubska robią bardzo dobre wrażenie. Trudno tu mi nawet jakieś konkretne wymieniać, bo każdy jest wyjątkowy, z ciekawym tekstem i przyjemną linią melodyczną.
Muszę przyznać, że o ile poprzednia płyta, „Avokado”, miała lepsze i gorsze strony i raczej rzadko po nią sięgałem, to najnowszy krążek Dubska wydaje mi się tym, do którego będę wracał często. Od chwili zakupu króluje w moim odtwarzaczu. Polecam!
poniedziałek, 8 marca 2010
Kalisz Trip
Wczoraj wróciłem z sobotniego wypadu do Kalisza, jak zapewne wiecie, najstarszego miasta w Polsce. Cóż mnie tam przywiało? Debiut znajomego rootsowego sound systemu!
W Kaliszu byłem po raz pierwszy. Przyjechałem do tego pradawnego grodu około godziny 10:20. Od początku mankamentem okazała się spora odległość centrum miasta od dworca kolejowego, jednak gnani głodem (bo na dworcu spotkałem już znajomą z forum RRR - Oliwię., przy czym należy zaznaczyć, że byliśmy gonieni moim głodem, bowiem to ja nie zdążyłem zjeść śniadania wcześniej) dotarliśmy w końcu na rynek (w rzeczywistości ratusz jest prosty).

Jak wcześniej wspomniałem, głodny byłem jak nie wiem, toteż rozpoczęliśmy poszukiwania jakiegoś miejsca gdzie można zjeść coś sycącego i zarazem niedrogiego. Trafiliśmy do restauracji TEXAS na rynku, całkiem ciekawie urządzony w stylu kowbojskim lokal z intrygującymi nazwami dań. W końcu zdecydowałem się jednak na Twistera.
Po pierwszym posiłku postanowiliśmy się porządnie powłóczyć po mieście. Czasu było na to sporo, w zasadzie cały dzień.


Prowadzeni przez Niewiedzę (ten na lewo)...
...trafiliśmy do City Jungle, gdzie miałem okazję napić się (swojej) yerby.
Reszta dnia upłynęła na spacerach po kaliskim parku, jedzeniu najgorszej pizzy jaką miałem okazję jeść w życiu i pomocy w noszeniu sprzętu do klubu.
Aż w końcu nadszedł wieczór, więc przyszedł czas, byśmy posileni yerba mate...

...wyruszyliśmy do pubu "Pod Klonami", gdzie powoli Jah Khaes, Qbafari i Guma rozkręcali imprezę.




Co tu dużo gadać, chłopaki mają całkiem niezłą selekcję, chociaż z pewnością brakuje im jeszcze odrobiny scenicznego obycia, pewności siebie. Mimo to uważam, że impreza była przednia.
Po zakończeniu części rootsowej zaczęła się część dubstepowa, momentami zdecydowanie dla mnie za ciężka. Zresztą dopadło mnie zmęczenie, można powiedzieć że snułem się z jednego miejsca w drugie, próbując to zagadać z kimś, to znaleźć miejsce na drzemkę.

W końcowej fazie imprezy leciały już całkiem spokojne duby, co pozwoliło na zchilloutowanie się na kanapie.

A potem przyszedł poranek...
Jak podsumuję ten wyjazd? Było wybornie, poznało się ciekawe miejsca, posłuchało całą masę świetnej muzyki, powłóczyło w doborowym towarzystwie. Ogólnie spoko!

Jak wcześniej wspomniałem, głodny byłem jak nie wiem, toteż rozpoczęliśmy poszukiwania jakiegoś miejsca gdzie można zjeść coś sycącego i zarazem niedrogiego. Trafiliśmy do restauracji TEXAS na rynku, całkiem ciekawie urządzony w stylu kowbojskim lokal z intrygującymi nazwami dań. W końcu zdecydowałem się jednak na Twistera.niedziela, 15 listopada 2009
Row, fisherman, row...
Zanim jednak zacznę zachwalać zespoły, które stały na całkiem przyzwoitym poziomie, polecą gromy na organizatorów, czyli Planetę Młodych. Przede wszystkim poziom cen piwa i wszelkich innych napojów w środku był skandalicznie wysoki! 6 zł za małą buteleczkę wody to jakiś skandal! 9 zł kosztował LECH w puszce, 8 zł lany (czyli wodny roztwór piwa). Na dodatek połowę stanowisk na korytarzu zajmowała firma propagująca palenie papierosów (z "freedom" w nazwie, szczyt hipokryzji). Na zewnątrz nie można było w czasie trwania festu wyjść, więc każdy kto czuł potrzebę jedzenia czy picia był skazany na narzucone absurdalne ceny. Mimo wszystko w porównaniu do poprzednich lat jest coraz lepiej, wreszcie występy trzymały się mniej więcej line-upu, koncerty zapowiadała kompetentna osoba (Silverdread z Love Sen-C Music), no i przede wszystkim wszyscy artyści wystąpili (pierwszy raz od 3 lat!)!
Poniżej opiszę jakie wrażenie zrobli na mnie poszczególni wykonawcy.NDK - nie trawię tego zespołu, zresztą nigdy nie trawiłem i nie rozumiem szału jaki wywołują oraz tłumów, które przyciągają pod scenę. Owszem, są bardzo energiczni, nie można też powiedzieć że nie umieją chłopaki śpiewać, jednak moim skromnym zdaniem (a z pewnością nie jestem z nim odosobniony) ich teksty są bardzo słabe, o niczym, nie wspomnę już że od wielu lat w kółko śpiewają to samo. Dlatego też popatrzyłem sobie na fragment koncertu z trybun, patrząc na las rąk machających w rytm muzyki tej grupy, taki hiphopowy koncert w rytmach Jamajki...
Nie chciało mi się dłużej słuchać tej ekipy toteż zawinąłem się na scenę soundsystemową, gdzie akurat grał Junior Stress. Prezentował z początku kilka starych, klasycznych numerów, potem zaś sam złapał za mikrofon i zaczął śpiewać.
Niezbyt podobało mi się na sound systemach, bo było jakoś tak duszno, gorąco, tłoczno. Poszedłem rozejrzeć się za znajomymi, w tym czasie na scenie montowało się już United Flavour. Bardzo polubiłem tę grupę od czasu jak widziałem ich na Reggaelandzie w Płocku. Grają bardzo fajną, energiczną muzykę reggae z domieszkami akcentów latynoskich, na dodatek Carmen, ich wokalistka, śpiewa często w swoim ojczystym języku - hiszpańskim, co brzmi świetnie. Niestety, tym razem zespół nie zrobił na mnie tak dobrego wrażenia jak w lipcu na nadwiślańskiej plaży.
Po występie międzynarodowej grupy z Pragi przyszedł czas na grupę z USA - Groundation. Jest to jeden z tych zespołów, na które szczególnie wyczekiwałem i na które najbardziej liczyłem. Nie zawiodłem się! Amerykanie pokazali pełną klasę, zagrali bardzo rootsowo, z elementami dubu czy nawet jazzu, nie zabrakło instrumentalnych popisów solówkowych, poza tym głos Harrisona Stafforda, wokalisty zespołu, sam w sobie moim zdaniem jest fenomenalny.
Następnym artystą, który zaprezentował się na scenie był Dellé, członek zespołu Seeed. Wykonawca ten zrobił na swoim koncercie prawdziwe show! Przede wszystkim rzucało się w oczy, że wszyscy muzycy i sam wokalista zostali ubrani w tym samym, eleganckim, aczkolwiek nie sztywnym stylu. Sekcja dęta, składająca się z puzonisty i puzonistki nadawała nie tylko świetne brzmienie wykonywanym utworom, ale także wprowadzała elementy choreograficzne. Takie elementy sprzyjały loversowo-dancehallowym kawałkom tego artysty i ogólnie oceniam ten koncert jako bardzo dobry.
Gdy Dellé zszedł ze sceny, przyszła pora na gwóźdź programu - legendarną grupę The Congos z Jamajki. Na nich czekałem najbardziej i od pierwszego dźwięku wiedziałem, że będzie to niesamowite przeżycie. Na początku zagrali intro, taki krótki mix riddimów zespołu, pozwoliło to rozbujać publikę. Następnie wkroczyli czterej wokaliści grupy: Watty Burnett, Roydel Johnson, Cedric Myton oraz Kenroy Ffyffe. Tak! Czterech facetów po 60-ce, którzy śpiewali na głosy, poruszając się genialnie po scenie, jakby ich wiek nie miał najmniejszego znaczenia. Zespół wykonał większość swoich hitów, a także kilka nowych, nieznanych mi piosenek. Biła od nich niesamowicie pozytywna energia. Nie zabrakło oczywiście najbardziej znanego kawałka Congosów: Fishermana, wykonanego na końcu koncertu:
Jako ostatni na dużej scenie występował Ras Luta. Postanowiłem obejrzeć chociaż fragment jego koncertu, bo przymierzam się do zrecenzowania jego nowej płyty. Ogólnie rzecz biorąc koncert nie najgorszy, Luta miał całkiem niezły kontakt z publiką, której zgromadził pod sceną, zwłaszcza jak na porę, o której grał (koło 3:00), całkiem pokaźną ilość. Z drugiej strony śmieszne były jego teksty "Ej moi ludzie...", które powtarzał bez przerwy chcąc nawiązać kontakt z publicznością.
Na tym skończył się dla mnie tegoroczny One Love Sound Fest, przed opuszczeniem Hali zajrzeliśmy jeszcze do sali soundsystemowej, gdzie grał Jah Free. Puszczał stare dobre rytmy podśpiewując do tego. Niestety musieliśmy już się zbierać, chociaż słyszałem, że i tak długo już nie pograł.
Podsumowując, One Love może nie jest najlepiej zorganizowanym festiwalem (ba, jest jednym z gorzej zorganizowanych), jednak gwiazdy, które zostają na niego ściągnięte w tym roku zrekompensowały z nawiązką niedogodności spowodowane niekompetencją organizatorów. Wygląda na to, że za rok też pojawię się na nim.
Na tym skończył się dla mnie tegoroczny One Love Sound Fest, przed opuszczeniem Hali zajrzeliśmy jeszcze do sali soundsystemowej, gdzie grał Jah Free. Puszczał stare dobre rytmy podśpiewując do tego. Niestety musieliśmy już się zbierać, chociaż słyszałem, że i tak długo już nie pograł.
Podsumowując, One Love może nie jest najlepiej zorganizowanym festiwalem (ba, jest jednym z gorzej zorganizowanych), jednak gwiazdy, które zostają na niego ściągnięte w tym roku zrekompensowały z nawiązką niedogodności spowodowane niekompetencją organizatorów. Wygląda na to, że za rok też pojawię się na nim.
Etykiety:
Dellé,
dub,
festiwal,
Groundation,
Hala Ludowa,
Jah Free,
NDK,
Ras Luta,
rastafari,
reggae,
relacja,
roots,
The Congos,
United Flavour,
Wrocław,
YouTube
piątek, 13 marca 2009
Co tam u mnie w marcu?
Witam szanownych czytelników! Jako że zaliczyłem wreszcie poprzedni semestr, będę miał teraz więcej czasu, aby się tu (i ówdzie) rozpisywać. Jak może ktoś zauważył, zacząłem justować tekst, więc powinien on być teraz bardziej miły dla oka. W tej notce umieszczę skrótowo co ostatnio się fajnego się działo i co w najbliższym czasie się wydarzy.
Sukces! Po dłuższej przerwie poszedłem w końcu do teatru! Fakt - bilet miałem za darmo, więc byłem w pewien sposób zmotywowany poprzez wyeliminowanie negatywnego czynnika (czyli ceny biletu ;) ) oraz to, że mogłem bez ciśnień zaprosić na wyjście kogo tam chciałem (pozdrawiam!). Przedstawienie "Bat Yam - Tykocin" w Teatrze Współczesnym w bardzo ciekawy, nowatorski i (jak mi się wydaje) obiektywny sposób ukazuje zarówno problemy stosunków polsko-żydowskich, jak i te, które dotyczą w gruncie rzeczy wszystkich, niezależnie od narodowości czy innych czynników. Polecam! Spektakl robi wrażenie!
Z okazji urodzin KampusTV Uniwersytet Ekonomiczny odwiedził Kamil Durczok, znany dziennikarz, publicysta, prowadzący program Fakty w telewizji TVN. Odpowiadał on na pytania studentów (chociaż zdarzały się pytania osób spoza mojej uczelni), które dotyczyły nie tylko pewnego stołu ;) .
Z drukarni przyjechał już nowy, marcowy numer B.e.s.t.-a! A w nim m.in.:
7.03.2009 r. - odbył się w Wytwórni Filmów Fabularnych pierwszy prawdziwie dubowy festiwal w Polsce - Independent Dub Day. Jedną z gwiazd był pokazany wyżej Little Roy. Szersza relacja z tego wydarzenia niedługo na Zbychowcowie i w następnym wydaniu B.e.s.t.-a! Tymczasem zapraszam do obejrzenia zdjęć.
Sukces! Po dłuższej przerwie poszedłem w końcu do teatru! Fakt - bilet miałem za darmo, więc byłem w pewien sposób zmotywowany poprzez wyeliminowanie negatywnego czynnika (czyli ceny biletu ;) ) oraz to, że mogłem bez ciśnień zaprosić na wyjście kogo tam chciałem (pozdrawiam!). Przedstawienie "Bat Yam - Tykocin" w Teatrze Współczesnym w bardzo ciekawy, nowatorski i (jak mi się wydaje) obiektywny sposób ukazuje zarówno problemy stosunków polsko-żydowskich, jak i te, które dotyczą w gruncie rzeczy wszystkich, niezależnie od narodowości czy innych czynników. Polecam! Spektakl robi wrażenie!
Z okazji urodzin KampusTV Uniwersytet Ekonomiczny odwiedził Kamil Durczok, znany dziennikarz, publicysta, prowadzący program Fakty w telewizji TVN. Odpowiadał on na pytania studentów (chociaż zdarzały się pytania osób spoza mojej uczelni), które dotyczyły nie tylko pewnego stołu ;) .
Z drukarni przyjechał już nowy, marcowy numer B.e.s.t.-a! A w nim m.in.:- O dresach z Cordoby
- O tegorocznych The B.e.s.t.-orach
- Kim był Oskar?
- Moja recenzja płyty Vintage Paraliża (jest także do przeczytania w poprzedniej notce) oraz inne recenzje, również warte przeczytania
- Nowe Przygody Krzysia (no może nie do końca nowe, ale dla niektórych z pewnością)
- Wieści z "PRZEGUBOWCA" i RUSS-u
- I wiele innych.... :)
środa, 28 stycznia 2009
reggae WOŚP 2009
Może i późno, ale co tam! Prezentuję małą fotorelacyjkę!

Kiedym się pojawił 10 stycznia br. w klubie Łykend, na scenie produkował się już Bismilah, młody zespół z Zielonej Góry, grający takie trochę rockowe, garażowe reggae (jak bym to nazwał). Rockowość była widoczna zwłaszcza w image'u zespołu (takim trochę grunge'owym). Ich wykonanie nawet mi się spodobało, chociaż może nie jest to styl, jaki najbardziej lubię. Jak już powiedziałem - zjawiłem się już w trakcie trwania ich występu, więc długo nie posłuchałem. Chłopaki zwinęli sprzęt, aby zrobić miejsce dla następnego zespołu.

Był to Bethel (myspace), który także jest młodym zespołem, wywodzącym się z trzech miast: Wrocławia, Oleśnicy i Brzegu Dolnego. Uderzyli oni sporą dawką pozytywnej energii, porywając publiczność do tańca.
Niewątpliwą zaletą zespołu jest rozbudowana sekcja rytmiczna: conga, djembe, bongosy, perkusja i czort wie co jeszcze.
Ciekawym elementem jest też gitara akustyczna, pojawiająca się na zmianę z elektryczną w rękach Grzegorza Wlazlaka (wokalisty).


Do tego jeszcze trąbka... i gra gitara

O następnym zespole mogę powiedzieć jedynie, że urocze wokalistki ;)
Następni wystąpili Riddimzz Team i Goście
Goście, czyli m.in. CaluTrzeba przyznać, że wszyscy dali całkiem niezły popis i rozbujali łykendową publiczność.
Ale co będę czarował, zobaczcie nagranie Papy Krisa:
Po ich występie przyszedł czas na zespół, dla którego tak naprawdę przyszedłem!
Oczywiście chodzi mi o jakże wspaniały Lion Vibrations!!
Oczywiście nie zawiodłem się! Zespół dał cudowny koncert! Co ja tu będę zresztą wypisywał, popatrzcie na zdjęcia!!

I&Igor
Jahga
Mag (swoją drogą ma bardzo ładny uśmiech)
Almayty
BarryZlasu
Seba





No i to by było na tyle. Potem jeszcze swój set miał Bobo Dread, ale nie pozwolił mi na upublicznianie zdjęć, tak więc tego nie zrobię ;)Czekam na komentarze, a jakże!
Subskrybuj:
Posty (Atom)

i chłopaki z