Ta notka będzie krótka, może wyskrobię dzisiaj coś dłuższego, ale ta ma tylko zareklamować moje nowe przedsięwzięcie Zbychowiec365. Zapraszam do zaglądania!!!!
Zbychowiec365: Początek, dzień pierwszy/The Begining, day 1: "Witam! W końcu zdecydowałem się ruszyć z własnym Projektem 365. Będę się starał codziennie wrzucać tutaj nowe zdjęcie z każdego dnia przez n..."
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdjęcia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdjęcia. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 31 stycznia 2011
czwartek, 12 sierpnia 2010
Wyprawa do Bułgarii, cz. 1
Piszę tę notkę siedząc w miejscowości Obzor (Обзор) w Bułgarii. Jestem tu od wczoraj. Pogoda dopisuje, słońce równo przypieka, morze jest ciepłe niczym woda w wannie. Wypada jednak napisać jak się tu dostaliśmy. Otóż dostaliśmy się tu samochodem, przeprawiając się wpierw przez całą Polskę, następnie przez Słowację, Węgry, Rumunię. Przejazd przez Rumunię zajął nam trochę czasu, mieliśmy tam dwa noclegi - jeden w Siedmiogrodzie (słynnej Transylwanii) i drugi za Bukaresztem, czyli na Wołoszczyźnie. Należy przyznać, że ten kraj jest również bardzo ciekawy i specyficzny, warto poświęcić na niego oddzielną wyprawę. Poniżej kilka zdjęć z przejazdu przez Rumunię.
Rumuńska rodzina na wozie
Cerkiew w Turdzie
Arbuzy na targowisku w Turdzie
Rumuński pies z jednego z postojów
Będąc biernym obserwatorem mogę powiedzieć, że Rumunia to kraj bezpańskich psów, krów, furmanek oraz żebrzących Cyganów. Jest w tym pewien specyficzny klimat, odczuwa się jakby coś, czego nie ma już w bardziej nowoczesnych krajach (chociaż w motelu mieliśmy na przykład WiFi, co oznacza niewątpliwie, że daleko w tyle nie są), wrażenie robią ogromne połacie dzikich gór, stare cerkwie i zamczyska, które jeszcze będę musiał kiedyś odwiedzić.
Większość kamienic jest ładnie odnowionych, niektóre jednak wciąż przypominają o minionej epoce
Czwartego dnia podróży dotarliśmy w końcu do Bułgarii, przekraczając Dunaj (wyznaczający granicę) w miejscowości Ruse.
W Bułgarii używa się cyrylicy, jednak większość tablic i znaków jest zapisywana dodatkowo alfabetem łacińskim
W zasadzie już od przekroczenia granicy przywitała nas słoneczna i upalna bułgarska aura. Znalezienie kwatery w Obzorze nie stanowiło większego wyzwania, można powiedzieć, że kwatera sama nas znalazła. Mieszkamy teraz w klimatyzowanym apartamencie z widokiem na morze, całkiem blisko plaży.
Szymiensko
Wspomnę jeszcze może z dwa słowa o piwie. Nie miałem okazji ztestować rumuńskich browarów, za to miałem okazję spróbować kilku bułgarskich. Jednym z nich jest Szymiensko (z tego co doczytałem się na etykiecie, produkowane w Sofii). Nie jest to może szczyt sztuki browarniczej, dosyć rześkie, lekkie, według mnie w sam raz dla kogoś, kto wychodzi z morza i ma w ustach słony posmak wody morskiej. Piana i kolor niezbyt rewelacyjne, trzeba jednak przyznać, że daje radę. Co ciekawe, popularne są tutaj dwulitrowe butelki plastikowe (jak to ja mówię - familijne), które jakoś niespecjalnie moim zdaniem szkodzą dla smaku (chociaż wiadomo - nie mam porównania).
Z zagranicznych piw prym wiodą (z obserwacji parasoli i reklam knajpek) (o zgrozo!) Stella Artois, Beck's i Heineken. I to by było na tyle. W czasie, gdy pisałem tego posta już pojawiły się jakieś problemy z połączeniem, więc lepiej nie kusić losu. Dalsze wieści znad Morza Czarnego nastąpią wkrótce!
poniedziałek, 2 sierpnia 2010
Globaltica World Cultures Festival 2010
W zeszły weekend odwiedziłem Trójmiasto! Nie była to jednak jakaś tam wycieczka, ani tym bardziej wyprawa na plażę. Wybrałem się nad Zatokę Gdańską, ponieważ odbywał się tam festiwal Globaltica. Jak doczytałem się ze strony festiwalu - jego historia sięga roku 2005, na jego scenie występowali m.in Sinnead O'Connor czy Burning Spear. Nie ogranicza się tylko do występów muzycznych, ale także wystaw i warsztatów. Ja przyjechałem tylko na jeden dzień, czy może raczej popołudnie, toteż nie miałem okazji wyjść poza sferę muzyczną. Zresztą na festiwal przyciągnęła mnie jedna konkretna grupa - Ska Cubano! O pozostałych punktach festiwalu nie wiedziałem w sumie zbyt wiele, no może za wyjątkiem Psio Crew.
Do Gdyni pojechałem koleją, korzystając z oferty Przewozów Regionalnych - tzw. biletu turystycznego. Bilet taki pozwala na podróżowanie pociągami REGIO po całej Polsce od piątkowego wieczoru do poniedziałkowego poranka, a więc przez cały weekend. Wyruszyłem ok. 5 rano, po 12 (zaliczając po drodze przesiadkę w Olsztynie) dotarłem do Gdyni. Z dworca odebrał mnie mój kolega, u którego dostałem smaczny obiad i u którego wypiliśmy ze dwa piwka. Postanowiłem spróbować czegoś regionalnego, w osiedlowym sklepiku (bardzo przyzwoicie zaopatrzonym - m.in. w ukraińskie piwa takie jak Obołoń czy Lwowskie) wypatrzyłem piwo Kaper z okrętem na etykiecie.
W sumie muszę przyznać, że zasugerowałem się ceną - piwko kosztowało jakieś 4 zł, więc liczyłem na coś specjalnego. Niestety - rozczarowanie na całej linii. Dopiero w domu kolegi doczytałem się na kontretykiecie, że producentem jest Grupa Żywiec, więc takie regionalne jak z koziej dupy waltornia. Na dodatek okazało się, że jest to piwo mocne, beznadziejnie słodkie, którego jedyną zaletą była bodaj ładna bursztynowa barwa. No i w dodatko wyczuwalny smak jakiegoś wzmacniacza dopełnił czary goryczy. Nie polecam.
Żeby nie było, że byłem nad morzem, a morza nie widziałem, udaliśmy się po drodze na plażę. Pogoda jednak nie była plażowa, co chyba widać na zdjęciu.
Następnie skierowaliśmy się komunikacją miejską (trolejbus to świetny wynalazek - jadąc wydaje odgłosy niczym pracująca pralka). Zakupiwszy w pobliskim EMPIKu bilety wstępu na festiwal (18 zł sztuka), wyruszyliśmy do parku Kolibki, gdzie stała festiwalowa scena.
Warto wrócić tutaj do tematu pogody. Otóż cały dzień praktycznie jak nie padało, to zbierało się na burzę. Tak samo także było wieczorem na terenie festiwalu. Na szczęście nie było ciągłych i intensywnych opadów. Nie przeszkadzały one publiczności w odbiorze.
Psio Crew dali bardzo przyzwoity koncert. Trzeba przyznać, że podoba mi się ich połączenie muzyki góralskiej z innymi gatunkami muzycznymi.
Jako druga wystąpiła grupa Troitsa z Białorusi. Jak nietrudno się domyślić - składała się z trzech muzyków: perkusisty, gitarzysty oraz wokalisty, który akompaniował dodatkowo różnymi instrumentami ludowymi.
Fajnie panowie grali, piękne dźwięki. Niestety dla kogoś, kto od 4:00 był na nogach (czyli mnie), spokojna muzyka niemal usypiała, toteż kręciłem się to tu, to tam, próbując się jakoś przebudzić.
Następną artystkę - Mercedes Peón - przesiedzieliśmy na ławce piwkując i zbierając siły przed gwiazdą wieczoru. Warto tu zaznaczyć, że festiwalowym piwem były Złote Lwy, całkiem przyzwoity produkt browaru Amber. Bardzo przypadło mi do gustu takie rozwiązanie.
Jedynym drobnym mankamentem festiwalu była, moim zdaniem, lekko niewystarczająca ilość TOI TOIów. Czasem trzeba było do kibla czekać dość długo.
Koncert Ska Cubano był wybuchową mieszanką kubańskiego i jamajskiego temperamentu. Grupa wykonała serię swoich sztandarowych numerów, będących mieszaniną ska i brzmień prosto z Kuby. Nie brakowało żywiołowej interakcji z publicznością i wielu instrumentalnych solówek. Doskonały przysmak na zakończenie festiwalowego dnia!
Pokuszę się teraz na podsumowanie. Wypad na festiwal uważam za jak najbardziej udany! Nie tylko odwiedziłem Gdynię, której nie widziałem chyba od czasów podstawówkowych, a także posłuchałem wielu bardzo ciekawych zespołów i wykonawców. Polecam gorąco to wydarzenie kulturalne!
Do Gdyni pojechałem koleją, korzystając z oferty Przewozów Regionalnych - tzw. biletu turystycznego. Bilet taki pozwala na podróżowanie pociągami REGIO po całej Polsce od piątkowego wieczoru do poniedziałkowego poranka, a więc przez cały weekend. Wyruszyłem ok. 5 rano, po 12 (zaliczając po drodze przesiadkę w Olsztynie) dotarłem do Gdyni. Z dworca odebrał mnie mój kolega, u którego dostałem smaczny obiad i u którego wypiliśmy ze dwa piwka. Postanowiłem spróbować czegoś regionalnego, w osiedlowym sklepiku (bardzo przyzwoicie zaopatrzonym - m.in. w ukraińskie piwa takie jak Obołoń czy Lwowskie) wypatrzyłem piwo Kaper z okrętem na etykiecie.
W sumie muszę przyznać, że zasugerowałem się ceną - piwko kosztowało jakieś 4 zł, więc liczyłem na coś specjalnego. Niestety - rozczarowanie na całej linii. Dopiero w domu kolegi doczytałem się na kontretykiecie, że producentem jest Grupa Żywiec, więc takie regionalne jak z koziej dupy waltornia. Na dodatek okazało się, że jest to piwo mocne, beznadziejnie słodkie, którego jedyną zaletą była bodaj ładna bursztynowa barwa. No i w dodatko wyczuwalny smak jakiegoś wzmacniacza dopełnił czary goryczy. Nie polecam.
Żeby nie było, że byłem nad morzem, a morza nie widziałem, udaliśmy się po drodze na plażę. Pogoda jednak nie była plażowa, co chyba widać na zdjęciu.
Następnie skierowaliśmy się komunikacją miejską (trolejbus to świetny wynalazek - jadąc wydaje odgłosy niczym pracująca pralka). Zakupiwszy w pobliskim EMPIKu bilety wstępu na festiwal (18 zł sztuka), wyruszyliśmy do parku Kolibki, gdzie stała festiwalowa scena.
Warto wrócić tutaj do tematu pogody. Otóż cały dzień praktycznie jak nie padało, to zbierało się na burzę. Tak samo także było wieczorem na terenie festiwalu. Na szczęście nie było ciągłych i intensywnych opadów. Nie przeszkadzały one publiczności w odbiorze.
Psio Crew dali bardzo przyzwoity koncert. Trzeba przyznać, że podoba mi się ich połączenie muzyki góralskiej z innymi gatunkami muzycznymi.
Jako druga wystąpiła grupa Troitsa z Białorusi. Jak nietrudno się domyślić - składała się z trzech muzyków: perkusisty, gitarzysty oraz wokalisty, który akompaniował dodatkowo różnymi instrumentami ludowymi.
Fajnie panowie grali, piękne dźwięki. Niestety dla kogoś, kto od 4:00 był na nogach (czyli mnie), spokojna muzyka niemal usypiała, toteż kręciłem się to tu, to tam, próbując się jakoś przebudzić.
Następną artystkę - Mercedes Peón - przesiedzieliśmy na ławce piwkując i zbierając siły przed gwiazdą wieczoru. Warto tu zaznaczyć, że festiwalowym piwem były Złote Lwy, całkiem przyzwoity produkt browaru Amber. Bardzo przypadło mi do gustu takie rozwiązanie.
Jedynym drobnym mankamentem festiwalu była, moim zdaniem, lekko niewystarczająca ilość TOI TOIów. Czasem trzeba było do kibla czekać dość długo.
Koncert Ska Cubano był wybuchową mieszanką kubańskiego i jamajskiego temperamentu. Grupa wykonała serię swoich sztandarowych numerów, będących mieszaniną ska i brzmień prosto z Kuby. Nie brakowało żywiołowej interakcji z publicznością i wielu instrumentalnych solówek. Doskonały przysmak na zakończenie festiwalowego dnia!
Pokuszę się teraz na podsumowanie. Wypad na festiwal uważam za jak najbardziej udany! Nie tylko odwiedziłem Gdynię, której nie widziałem chyba od czasów podstawówkowych, a także posłuchałem wielu bardzo ciekawych zespołów i wykonawców. Polecam gorąco to wydarzenie kulturalne!
wtorek, 23 marca 2010
Velké výlet
Velké výlet
czyli
Wielka wyprawa
Powróciliśmy już z naszej tytułowej Wielkiej Wyprawy, chociaż czy aby na pewno była ona taka wielka? W końcu 2 dni i zasadniczo mała ilość przebytych kilometrów to może nic nadzwyczajnego. Zważywszy jednak, że był to mój pierwszy wyjazd zagraniczny zorganizowany na taką skalę, muszę przyznać - był to przełom. Myślę już nad kolejnymi wyprawami.
W czasie podróży starannie zapisywaliśmy w dzienniku wszystko, co się działo, przywiozłem ze sobą prawie 370 zdjęć.Osoby dramatu:
ReDi - Rafał, współautor części znajdujących się poniżej zapisków z podróży. Dla odróżnienia zapisałem je Comic Sansem z capslockiem w kolorze niebieskim. Miłośnik czeskiej poezji śpiewanej i czeskiej płci pięknej. Wspólny wyjazd do Czech planowaliśmy już od dłuższego czasu. Wreszcie mieliśmy możliwość zrealizowania naszych marzeń. Przepowiada również pogodę, niestety zazwyczaj deszcz.
Bartini - Bartek, mózg całej operacji, posiadacz magicznej książki z rozkładem jazdy, która niejednokrotnie pomogła nam w odnalezieniu drogi. Odpowiedzialny za większość punktów naszej wycieczki. Posiadacz ROZMÓWEK POLSKO-CZESKICH. Zapalony miłośnik kolei, zwłaszcza czeskich, fan czeskiego piwa.
Zbychowiec - taki tam Zbyszek, pisze Twojego ulubionego bloga. Można powiedzieć z czystym sumieniem, że inicjator tego przedsięwzięcia. Miłośnik piwa (zwłaszcza dobrego, o które w Czechach nie trudno), fotografii, przygód, poniekąd także różnej maści publicznych środków transportu. Dla pewności - to ja!
DZIEŃ PIERWSZY
Tytułem wprowadzenia: Dzień pierwszy zaczął się w sobotę 20.03.10., wcześnie rano. Mieliśmy bowiem bardzo ambitne plany wyjazdu z Wrocławia możliwie wcześnie. Z uwagi na poranny pośpiech i lekki stresik, który pojawia się zawsze, gdy trzeba kupić jakiś bardziej "egzotyczny" bilet w kasie dworcowej, pierwsze zapiski są raczej dość lakoniczne i z lekka chaotyczne:
6:45 | Widzimy już kasjerkę. Rafał mówi, że miły wyraz twarzy ma [kasjerka]. 3 bilety Euronysa.... o k****a.... za*******my do PRów... IC nie sprzedaje kolejka vol. 2 – SMAK PRZYGODY |
6:55 | Mamy bilety!!!!!! |
Dostanie biletów było z pewnością znaczącym przełomem. Widać chyba zresztą jakie emocje wzbudzało ich kupienie. O 7:00 siedzieliśmy już w naszym REGIO DB, który po 5 minutach wystartował w stronę Zgorzelca.
10:12 | 64 minuty po stronie naszych zachodnich przyjaciół. Jakieś drugie tyle przed nami. Niemieckie dziewczyny jak zwykle – piękne. |
Moim zdaniem jednak wartym odnotowania jest jednak fakt, że Görlitz całkiem ładnie odpucowano po 50 latach eNeRDowa, komunikacja miejska, którą się przejechaliśmy czekając na pociąg działa całkiem sprawnie. Dużo większe wrażenie na mnie zrobiło to przygraniczne miasteczko niż Drezno, które odwiedziłem kiedyś.
Jak nietrudno się domyślić, wyruszyliśmy pociągiem do Zittau, by tam przesiąść się na pociąg do Hrádka nad Nisou.
Rafał "czyta" niemiecką gazetę.
Na dworcu w Zittau

Nasz motoraczek do Hrádka
w/w radość

Na kawce/herbatce

Pierwsze pociągowe piwo - Rohožec
Liberecki tramwaj
Liberecki rynek, wprawne oko zauważy kilka osób, które wyraźnie zmierzają w naszą stronę.
BERNARD w dalszej drodze
Rafał wychyla się w Smržovce
| 10:22 | POCIĄG DO ZITTAU MAMY, GDZIE PRZESIADKA DO HRADKA |
| 10:41 | Jedziemy fragmentem polskim w pobliżu Nysy Łużyckiej |
| 11:14 | NARESZCIE W CZESKIM POCIĄGU! JEDZIEMY MOTORACZKIEM DO HRADKA! Odcinek torów na polskim odcinku bardzo odczuwalny. Rafał i Bartek cieszą się jak dzieci. |
11:30 | Dojechaliśmy do Hradka, ciocia już na nas czekała, udajemy się do mieszkania, by wypić kawę/herbatę i pogadać |
11:58 | PIERWSZY BIEG Z PIWEM. (BIEG, BO POCIĄG DO LIBERCA NIE MIAŁ RACZEJ ZAMIARU POCZEKAĆ) |
14:30 | LIBEREC ZA NAMI, A WŁAŚCIWIE TO OBOK NAS, BO ZNÓW SIEDZIMY W POCIĄGU, TYM RAZEM DO SMRŽOVKI, BY DALEJ UDAĆ SIĘ DO HARRACHOVA. JEST SOBOTA, POŁUDNIE MINĘŁO, A O TEJ PORZE STOLICA KRAJU LIBERECKIEGO (DELIKATNIE MÓWIĄC) ŻYCIEM NIE TĘTNI. MIMO TO, A MOŻE WŁAŚNIE DLATEGO, UDAŁO SIĘ NAM (PRAWDOPODOBNIE) ZOSTAĆ OBIEKTEM UWAGI LOKALNEJ MNIEJSZOŚCI ROMSKIEJ (CIAWUSÓW). NA CAŁE SZCZĘŚCIE DŁUGA ZIMA NIE POZBAWIŁA NAS CHĘCI ŻYCIA, WIĘC ODPOWIEDNIO PRZYSPIESZYLIŚMY I Z TEJ PRZYGODY WYSZLIŚMY BEZ PRZYGÓD. Problemem stało się wymienienie pieniędzy, gdyż większość kantorów okazała się być zamknięta. W efekcie Rafał musiał pożyczyć od Bartka korony wypłacone z bankomatu. Potem kolejny kurs do sklepu po kolejne ZŁOTO BOHEMII – BERNARD Světle pivo. |
15:20 | SMRŽOVKA PRZYWITAŁA NAS ŚNIEŻNIE NIEZWYKLE, BO CHOCIAŻ WIOSNA WE WROCŁAWIU NIEDAWNO PRZYSZŁA, TO ZDĄŻYLIŚMY SIĘ JUŻ Z NIĄ ZAPRZYJAŹNIĆ. CZEKAMY NA POCIĄG DO JOZEFOWEGO DOŁU; OCZEKIWANIE NA ODJAZD UMILA NAM AUTOCHTON, KTÓRY POCHWALIŁ SIĘ W ŁAMANEJ POLSZCZYŹNIE, ŻE JEGO MATKA JEST POLKĄ. |
15:28 | JEDZIEMY, A ŚWIAT WOKÓŁ NAS NAGLE ZMIENIŁ SIĘ W KRAINĘ MALUŚKICH GÓRSKICH CHAT. |
15:36 | JOSEFŮV DŮL. PRZYJECHALIŚMY TUTAJ TYLKO PO TO, BY ZROBIĆ PARĘ ZDJĘĆ I ZARAZ TYM SAMYM POCIĄGIEM POWRÓCIĆ DO SMRŽOVKI. NIEWĄTPLIWIE NIE JEST TO NORMALNE, ZAZWYCZAJ DROGA SŁUŻY CELOWI, TU DROGA JEST CELEM. Trasa kręci strasznie, co może nie jest najlepszym słowem, gdyż łuki są bardzo zacne. Śniegu po kolana tutaj. |
15:59 | POCIĄG DO HARRACHOVA MAMY, A W NIM JAKIEŚ 50 MINUT. ZA OKNEM ZMIENIA SIĘ WSZYSTKO, CHOĆ NIE ZMIENIA SIĘ NIC. WYŻEJ, BIELEJ, DALEJ.... Z każdym pokonanym kilometrem Rafała teksty stają się coraz bardziej filozoficzne, z nostalgią spogląda na widoki za oknem. |
16:09 | NIE WIEDZIEĆ CZEMU NASZ WAGON STAŁ SIĘ BARDZIEJ NASZ, TJ. STALIŚMY SIĘ JEGO JEDYNYMI PASAŻERAMI. |
18:35 | HARRACHOV OD PRAWIE DWÓCH GODZIN. W TYM CZASIE UDAŁO SIĘ NAM ZDOBYĆ TUTEJSZĄ SKOCZNIĘ (PRAWIE), BY SIĘ ZE STOKU POD NIĄ (PRAWIE) STOCZYĆ. TERAZ (PRAWIE) OSZUKALIŚMY SWOJE ŻOŁĄDKI, POZOSTAŁO JEDYNIE DOPIĆ PIWO, A POTEM W ZUPEŁNYCH JUŻ CIEMNOŚCIACH SZUKAĆ DROGI DO (PRAWIE) NASZEGO DOMU Na piwo zaszliśmy do Pivovaru Novosad. Co prawda zarówno ono, jak i obiad, który tam spożyliśmy, okazały się droższe niż się spodziewaliśmy, jednakże piwo było jak najbardziej godne swojej ceny: smaczne, nieprzesadnie nagazowane, o ładnej, bursztynowej barwie, umiarkowanie gorzkie, z puszystą czapą piany. Wspomnę tu może, że mój aparat SONY α200 wzbudził uwagę jakiejś Czeszki, która również taki (lub podobny) posiadała. Żywo interesował ją mój obiektyw. Pozytywną reakcję wywołała wiadomość, że jestem z Polski. |
18:54 | GDYBYM POTRAFIŁ TAK ZACNIE JAK ZBYSZEK OPISAĆ WALORY PIWA, ZROBIŁBYM TO. NIE POTRAFIĘ JEDNAK, WIĘC POZWOLĘ SOBIE NAPOMNIEĆ O TYM |
19:47 | Jedziemy autobusem do Tanvaldu. Już drugiemu kierowcy Bartek musiał tłumaczyć, że nasz bilet obowiązuje również w autobusach ČSAD. Kierowca wpuścił nas z takim „e tam, jedźcie”, jakby nam łaskę robił, że nasz bilet jest ważny. |
20:21 | UDAŁO SIĘ! WNĘTRZE MOTORACZKA JEST NASZE! W ZASADZIE MOŻNA BY POKUSIĆ SIĘ O JAKIEŚ PODSUMOWANIE DNIA, ALE NA TO PRZYJDZIE CZAS, GDY BĘDZIEMY JUŻ W CIEPŁYM MIESZKANIU ZBYSZKOWEJ CIOCI. |
Podsumowanie żadne jednak nie zostało poczynione. Byliśmy już bardzo zmęczeni, gdy wróciliśmy do owego ciepłego mieszkania.
DZIEŃ II | |
7:52 | BYSTRY CZYTELNIK SNADNIE POZNA, ŻEŚMY Z POWROTEM DO HRADKA WCZORAJ POWRÓCILI. UDAŁO SIĘ NAWET TROCHĘ POSPAĆ, WSTAĆ JEDNAK TRZEBA BYŁO ODPOWIEDNIO WCZEŚNIE, BY ZDĄŻYĆ NA POCIĄG DO LIBERCA. DZIŚ MAMY ŚMIAŁY ZAMIAR ZDOBYCIA ZAMKU W SYCHROVIE; PARĘ MINUT PO 9 BĘDZIEMY NA MIEJSCU. PÓKI CO KORZYSTAMY Z UPRZEJMOŚCI SŁOŃCA, KTÓRE DZIŚ RACZYŁO SIĘ ZZA CHMUR WYGRAMOLIĆ, WIĘC PEŁNI ŻYCIA CZEKAMY KOLEJNYCH CZESKICH PRZYGÓD. |
10:19 | Siedzimy sobie obok zamku w Sychrovie. Bilety na zwiedzanie zakupione za 70 čK szt. Zaczynamy naszą wycieczkę po zamku o 11:00. Zamek, jak też ogród zamkowy bardzo urokliwe z zewnątrz. Szukamy jakiegoś pożywienia, lecz poszukiwania nie przynoszą efektu. |
12:53 | Wyjeżdżamy ze stacji Sychrov. Przewodniczka okazała się być rosyjskojęzyczna. Trochę utrudniło to zrozumienie sensu jej opowieści. Rafał wychwycił jednak kilka istotnych szczegółów. W drodze powrotnej udało się nam sfocić pośpiesznego, który jechał po tamtejszym wiadukcie. Wygłodzeni ruszamy do Liberca, a stamtąd do Hradka. |
Do Hradka dotarliśmy bez najmniejszych komplikacji. Tam zjedliśmy obiad, wypiliśmy u cioci kolejną herbatę i wyruszyliśmy na dworzec...
16:32 | HRÁDEK NAD NISOU TO JUŻ TYLKO WSPOMNIENIE. ZANIM OPUŚCILIŚMY CZECHY POGODA POPRAWIŁA SIĘ NA TYLE, ŻE ZZA CHMUR WYSZŁO SŁOŃCE, BY NAS POŻEGNAĆ. JEDZIEMY DO ZITTAU, TAM PRZESIADAMY SIĘ DO GÖRLITZ, GDZIE PO GODZINIE BĘDZIEMY JUŻ W POCIĄGU DO WROCŁAWIA. ZA SZYBĄ JUŻ ZITTAU. |
17:05 | POWROTY, PRAWIE ZAWSZE NIEUNIKNIONE, NIEUCHRONNIE WIĄŻĄ SIĘ Z NOSTALGIĄ |
Z Zittau pojechaliśmy do Görlitz. Była to kolejna okazja na przejażdżkę tramwajem.
18:42 | Siedzimy już w pociągu DB do Wrocławia. Polska drużyna przejęła stery szynobusu. Za oknami ciemność i mokrość. Ja wysiadam w Bolesławcu około 19:30. Moi towarzysze podróży zapewne osiągają cel półtora godziny później. I to by było na tyle. |
Subskrybuj:
Posty (Atom)
