Wczoraj wrzuciłem pierwszą część mojej relacji z festiwalu, dzisiaj pora na drugą. Z początku wszystko miało się zmieścić w jednej notce, ale tak będzie pewnie i czytelniej i wygodnie, poza tym wczoraj nie mogłem siedzieć już dłużej przy kompie - rano do pracy trzeba jednak wstać.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą piwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą piwo. Pokaż wszystkie posty
piątek, 31 lipca 2015
środa, 9 maja 2012
Zbychowcowe koszulki i inne takie
Pozwolę sobie dzisiaj na odrobinę autoreklamy. Niedawno przemogłem się i założyłem konto na cupsell.pl. Czym jest ten serwis? W najprostszym ujęciu jest to platforma pozwalająca na tworzenie własnych wzorów koszulek i wielu innych ciuchów, a nawet poduszek, kubków i innych takich. Firma oferuje wykonanie nadruków i dostarczenie produktów do klienta. Właściciel konta z kolei dostarcza wzory i ustala wysokość prowizji. Genialne w swej prostocie, muszę przyznać!
Czując w sobie żyłkę dyktatora mody i uważając, że w sklepach wciska się ludziom straszny chłam, zabrałem się do roboty. Na cupsellu można standardowo założyć 3 sklepy, co też uczyniłem (a co!).
Pierwszy sklep to oczywiście marka, którą dobrze znacie, czyli Wasz ulubiony blog - Zbychowcowo. Tematyka wzorów, tak samo jak na blogu, różna. Trochę muzycznych, trochę piwa, trochę innych pomysłów. Polityki jak na razie unikam, ale może coś z tej tematyki też się tam pojawi jak będę miał jakiś pomysł.
Pierwszymi wzorami, które wrzuciłem, były te, które już jakiś czas temu pojawiły się na moim deviantArcie, ale jakoś nie było szans na ich zrealizowanie. Pierwszym był napis "Good Vibes".
| Kliknij, by zobaczyć koszulkę w sklepie |
Drugi wzór to też pomysł sprzed jakiegoś czasu. Na pamiątkę Petera Tosha - Stepping Razor! To nie jedyne wzory związane z muzyką reggae.
Pojawił się też wspomniany wcześniej wzór piwny, który opisuje niezwykłe właściwości porteru.
Dzisiaj do sklepu dołączyła również koszulka z ukulele! Mam nadzieję, że przypadnie do gustu miłośnikom tego czterostrunowego instrumentu! Na razie wrzuciłem jeden wzór, ale już pracuję nad następnymi!
| Kliknij, by zobaczyć koszulkę w sklepie |
| Kliknij, by zobaczyć koszulkę w sklepie |
|
Gadający kamień
| Kliknij, by zobaczyć koszulkę w sklepie |
Dzień Kobiet (komiks, który swego czasu przebił się do Demotywatorów i na Kwejka, ach te moje mini-sukcesy :D)
| Kliknij, by zobaczyć koszulkę w sklepie |
I inne wzory, które osoby znające moją skromną twórczość z pewnością rozpoznają, a może nawet zechcą nosić ją na piersi.
Ostatni sklep jest, jak mi się zdaje, najbardziej poważny i liczę na to, że ma porządny potencjał, a mianowicie Lokalni Patrioci. Powstał w odpowiedzi na "społeczne zapotrzebowanie" na regionalne ciuchy w oryginalnym, ciekawym wydaniu. Myślę, że znajdą tutaj coś dla siebie chociażby ci czytelnicy, którzy trafili na mojego bloga szukając Flagi Dolnego Śląska. Sklep można już "polubić" na facebooku. Postawiłem sobie ambitny cel, aby żaden region czy miasto nie pozostały bez jakiegoś ciekawego wzoru. I powoli go realizuję, starając się nie odwalać chały. W tej chwili swoich wzorów doczekały się:
Kraków (w kilku wariantach kolorystycznych)
| Kliknij, by zobaczyć koszulkę w sklepie |
Wrocław
| Kliknij, aby zobaczyć koszulkę w sklepie |
i oczywiście Ełk!
| Kliknij, aby zobaczyć koszulkę w sklepie |
I to by było na razie na tyle z prezentacji moich sklepików. Zapraszam do odwiedzenia każdego z nich. Przy zakupie dwóch dowolnych rzeczy przesyłka jest darmowa! Zachęcam też do polubienia fanpage'u Lokalnych Patriotów. Będzie z pewnością wygodniej dowiadywać się stamtąd o wszystkich nowościach.
Czekam też na Wasze sugestie. Co poprawić? Co dodać? Czego lepiej nie dawać? Piszcie w komentarzach.
PS. Dla osób, które dopiero będą zakładać konto na cupsellu polecam skorzystać z linka http://cupsell.pl/polecam/zbychowiec, dzięki czemu dostanę dodatkową premię za zaproszenie.
Czekam też na Wasze sugestie. Co poprawić? Co dodać? Czego lepiej nie dawać? Piszcie w komentarzach.
PS. Dla osób, które dopiero będą zakładać konto na cupsellu polecam skorzystać z linka http://cupsell.pl/polecam/zbychowiec, dzięki czemu dostanę dodatkową premię za zaproszenie.
środa, 7 grudnia 2011
Piwny pojedynek pszeniczniaków
(tekst pojawił się w numerze grudniowym NGS B.e.s.t. w wersji skróconej)
Wprawdzie sezon jesienno-zimowy to nie pora na piwa pszeniczne, jednak uznałem, że warto sprawdzić „nowości browarnicze”, które pojawiają się na polskim (wciąż jeszcze dość ubogim) rynku. A tak się złożyło, że dwa duże koncerny wypuściły właśnie na rynek piwa gatunku hefe-weizen. Pierwsze to Książęce Pszeniczne, a drugie – (występujące w Biedronce) Leżajsk Pszeniczne.
Książęce Pszeniczne, czyli Biały Holender z Tychów
Na początku należy zauważyć, że wbrew pozorom piwo nie zostało wyprodukowane przez Tyskie Browary Książęce. Nie kryje się z tym zresztą producent – na kontretykiecie można znaleźć informację „Wyprodukowano w Holandii” (najprawdopodobniej w należącym do grupy SABMiller browarze Grolsch, znanym w Polsce z jasnego lagera w charakterystycznych zielonych butelkach).
Książęce Pszeniczne sprzedawane jest w brązowych butelkach. Design opakowania jakoś szczególnie nie powala. Jest utrzymany w dość powszechnie przyjętej konwencji – białe złoto i błękit jako dominujące barwy. Z tyłu nie zabrakło instrukcji nalewania piwa i podstawowych informacji, z których można się na przykład dowiedzieć, że piwo jest pasteryzowane.
Pierwszym bodźcem, który dotarł do mnie po otwarciu butelki, był rzecz jasna charakterystyczny zapach piwa pszenicznego. Trunek przelany do szklanki ujawnił ładną, ciemnobiszkoptową barwę, powstała również spora czapa piany, niestety dość nietrwała. W smaku Książęce w zasadzie spełnia podstawowe kryteria piwa pszenicznego – delikatne, lekko kwaskowate, z nieśmiało wdzierającym się posmakiem bananowym, goździkowego z kolei nie wyczułem. Nasycenie oceniam jako raczej średnie.
Leżajsk Pszeniczne – cieszynianin z Podkarpacia
Leżajsk Pszeniczne też nie jest, jeżeli wierzyć doniesieniom piwnych blogerów, tym, za kogo się podaje. Według ustaleń Kopyra (www.kopyr.wordpress.com) bowiem trunek Leżajska nie widział nawet z daleka, a uwarzony był... w Cieszynie (oczywiście po polskiej stronie). Tutaj również mamy rzecz jasna z zabiegami czysto marketingowymi (Leżajsk jest marką Grupy Żywiec dedykowaną dyskontom). Wygląd butelki (całe szczęście nikt nie wpadł na pomysł puszkowania tego piwa!) jest w zasadzie niemal identyczny do innych Leżajsków. Jedyną różnicą jest chyba tylko kolor i napis „Pszeniczne” pod logiem browaru. Ale w końcu to produkt dyskontowy, więc czego więcej wymagać?
Z otwartej butelki wydobył się delikatny zapach, na tyle jednak delikatny, że wręcz ledwo wyczuwalny. W szklance piwo prezentuje się wspaniale. Barwę ma nieco ciemniejszą niż Książęce, pianę potężną i jak mi się zdaje – odrobinę trwalszą. Na pierwszy rzut oka daje się zauważyć liczne bąbelki, które po zaczerpnięciu pierwszego łyka miło masują podniebienie.
W smaku wyczułem lekki posmak bananowy, ale bardzo delikatny, trochę jakby trunek był rozwodniony. Pojawił się za to typowy dla produktów cieszyńskiego Browaru Zamkowego posmak żelaza, co potwierdza moim zdaniem tezę o pochodzeniu tego piwa. Ogólnie rzecz biorąc, napój jest bardzo orzeźwiający i pijalny, toteż powinien świetnie sprawdzić w cieplejsze wiosenne i letnie miesiące (za którymi pewnie wielu już tęskni).
And the winner is...
Teraz postaram się podsumować i pokazać, który z pszeniczniaków moim zdaniem zwyciężył w tym pojedynku. Z pewnością zarówno Książęce, jak i Leżajsk to w miarę dobre piwa, mniej więcej na poziomie Okocimia Pszenicznego, ale z pewnością nie prezentują nic szczególnie wybitnego. Oba piwa są niestety w butelkach bezzwrotnych (w przypadku Leżajska ma to raczej związek z polityką Biedronki, która zwrotu butelek raczej nie uznaje). Ostatecznie jako zwycięzcę ogłaszam Leżajska. Z bardzo prostego powodu – jest tańszy. Za Książęce trzeba zapłacić 3,99 zł, a cena Leżajska to zaledwie 2,69 zł. Ponadto odnoszę wrażenie, że w gruncie rzeczy cieszynianin ma nieco ciekawszy smak i lepsze nasycenie, co też jednoznacznie wskazuje na niego jako triumfatora.
|
nazwa
|
Książęce Pszeniczne |
Leżajsk Pszeniczne
|
|
gatunek
|
hefe-weizen
|
hefe-weizen
|
|
kraj (i domniemany browar) pochodzenia
|
Holandia (Grolsch)
|
Polska (Browar Zamkowy w Cieszynie)
|
|
producent
|
Kompania Piwowarska
|
Grupa Żywiec
|
|
zaw. ekstraktu (wag.)
|
12,5%
|
nie podano
|
|
zaw. Alkoholu (obj.)
|
5,1%
|
5,3%
|
|
cena
|
3,99 zł
|
2,69 zł
|
|
ocena
|
4,0
|
4,5
|
środa, 28 września 2011
Żubr Ciemnozłoty
Muszę przyznać, że
mam lekki sentyment do marki piwa Żubr. W zasadzie nie ze względu
na walory smakowe, bo tu akurat żadnej rewelacji nigdy nie
prezentowało, lecz raczej ze względu na przyzwyczajenie i pozytywne
skojarzenia z wizerunkiem poczciwego króla puszczy. Dlatego też,
gdy na rynku pojawiło się nowe dziecko Żubra – postanowiłem jak
najszybciej się z nim zapoznać.
Ciemnozłotego dostałem
w puszce. Całkiem ładne opakowanie w ciemnych odcieniach złota.
Projektanci odwalili kawał dobrej roboty. Z przodu oczywiście
obowiązkowo duże logo z żubrem, na górze na jasnozłotej obwódki
napis „EDYCJA LIMITOWANA”. Trunek zawiera 15% ekstraktu (wag.) i
6,9% alkoholu (obj.), więc można go spokojnie zaklasyfikować do
kategorii piw mocnych. Tu może zakończmy o teorii, a zacznijmy o
praktyce.
Po przelaniu piwa do
szklanki powstała całkiem przyzwoita piana, która na początku
wręcz wystawała ponad górną krawędź. Rzecz jasna z racji dość
dużych pęcherzyków szybko opadła do wysokości ok. centymetra.
Sam napój ma bardzo ładną, ciemnozłotą (czy jak kto woli –
ciemnobursztynową) barwę. Smakowo dominuje oczywiście wyrazisty
słodowy smak (jak głosi napis na opakowaniu – do produkcji użyto
mieszaniny kilku słodów). Piwo jest dość przyjemne w smaku i co
ważne – nie wyczułem charakterystycznych dla tych gatunków w
Polsce posmaków alkoholowych.
Z pewnością jest to
całkiem przyzwoite piwo, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę, że
to „koncerniak” z Kompanii Piwowarskiej. W tym przypadku jednak
muszę się zgodzić z producentem – świetnie nadaje się na
długie, jesienno-zimowe wieczory.
czwartek, 28 lipca 2011
Gazeta Wyborcza na tropie faszyzmu
5 piw!
Polowanie na faszystów (będących wg dziennikarzy pewnego dziennika synonimem narodowych socjalistów, czyli nazistów, ale to szczegół) trwa! Tym razem dziennikarz śledczy GW wytropił ich w miejscu, w którym nikt by się tego nie spodziewał - w PIWIE! A konkretnie - w reklamie piwa Piast (ongiś wrocławskiego, dziś raczej szczecińskiego). Jak pisze w swym artykule p. Jerzy Sawka:
Reklama wrocławskiego piwa Piast po meczu Śląska Wrocław ze szkockim Dundee, mimo że gabarytowo niewielka, wprost wali po świadomości. Jej tekst zaczyna się niewinnie: "Piast dziękuje za wielkie sportowe emocje", ale kończy frazą, którą skądś dobrze znamy: "Jedno miasto. Jeden Klub. Jeden Piast".
Przed dziesięcioleciami pewien znany całemu światu niewielki facet ze śmiesznym wąsikiem wykrzykiwał z furią szaleńca swoje słynne: "Ein Volk, ein Reich, ein Führer". Adresował te słowa do swojego wspaniałego narodu, który był ponad wszystkimi, do swojej wspólnoty plemiennej, której zadaniem było wymordowanie lub całkowite zniewolenie plemion obcych i rasowo gorszych. Czy nie na tej samej plemiennej, wspólnotowej nucie gra hasło: "Jedno miasto. Jeden Klub. Jeden Piast"?
Muszę przyznać, że anty nazi gogle pana redaktora muszą być wyjątkowo czułe. Wygląda bowiem na to, że wyjątkowo szowinistycznym i rasistowskim słowem jest słowo "jeden" (niem. ein), zwłaszcza użyte trzykrotnie (ale to tylko moja hipoteza). Oczywiście konkluzja autora artykułu tekstu jest jedna: najwyraźniej koncern Carlsberg, będący właścicielem marki Piast, stara się przypodobać tzw. "wrocławskiemu kibolstwu":
Swoją drogą, red. Sawka nie zbadał kwestii wystarczająco dogłębnie, bo przecież łatwo zauważyć, że firma Carlsberg to w istocie faszystowski koncern. Wystarczy obejrzeć etykiety ciemnego piwa (trochę dziwne, nieprawdaż? prawdziwy faszysta powinien wszak pić jeno białe (niem. weiss) piwa ;) ) z początku ubiegłego stulecia:
Mocno z miastem utożsamiane piwo wspiera wrocławski patriotyzm kibolski. Tylko czekać, jak nasi dzielni chłopcy spuszczą łomot poznaniakom za to, że śmieli moczyć usta w napoju przeznaczonym tylko dla swoich. W kolejnej odsłonie Carlsberg może wypuścić reklamę o treści: "Piast mit uns" Będzie konsekwentnie.Tu rzecz jasna p. red. się po raz kolejny przemycić pokrętne równanie patriotyzm=prawica=faszyzm (czy nazizm?), kontynuując jednocześnie "świętą wojnę" redakcji z polskim ruchem kibicowskim (o zgrozo! często patriotycznemu, prawicowemu i antykomunistycznemu, więc na pewno faszystowskiemu!). Logika dziecka z podstawówki, albo zwyczajne manipulowanie naiwnymi czytelnikami.
Swoją drogą, red. Sawka nie zbadał kwestii wystarczająco dogłębnie, bo przecież łatwo zauważyć, że firma Carlsberg to w istocie faszystowski koncern. Wystarczy obejrzeć etykiety ciemnego piwa (trochę dziwne, nieprawdaż? prawdziwy faszysta powinien wszak pić jeno białe (niem. weiss) piwa ;) ) z początku ubiegłego stulecia:
poniedziałek, 4 kwietnia 2011
Franziskaner Naturtrüb
(kolejna recenzja, która pojawiła się na łamach NGS B.e.s.t.)
Tym razem w moje ręce trafiło piwo pszeniczne, pochodzące ze stolicy landu, w którym narodził się wyśmienity styl Hefe-Weizen.
Butelka Franziskanera jest ładna, smukła. Na etykiecie, kontretykiecie i krawatce dominuje kolor złoty. Charakterystycznym motywem jest wizerunek mnicha (jak łatwo się domyślić - franciszkanina), który znajduje się zarówno z przodu butelki, jak i na kapslu.
Po przelaniu do szklanki powstała potężna piana, niestety utrzymała się ona dość krótko – po 5 minutach został tylko cienki kożuszek i nieco większa obrączka oblepiająca ścianki naczynia. Oprócz niej, oko cieszyła także sama barwa napoju, przepiękna, wręcz wzorcowa. Piwo jest oczywiście mętne i gęste. Pomimo usilnych starań nie byłem w stanie wychwycić żadnego z zapachów, które według producenta powinny być wyraźnie wyczuwalne, czyli cytrusowych i bananowych. Znacznie lepiej było za to, gdy wziąłem pierwszy łyk. Od razu poczułem charakterystyczny, lekko kwaskowaty, orzeźwiający smak, nuty goździkowe, a nawet waniliowe. Zabrakło mi jednak tak istotnego smaku bananów oraz wyrazistości, której miałem okazję doświadczyć przy próbowaniu innych pszeniczniaków. Piwo jest średnio nasycone, co powoduje, że przy każdym łyku można odczuć przyjemnie pękające na języku bąbelki. Z uwagi na ten świeży, orzeźwiający smak, zdecydowanie polecam tego weizena na upały.
Egzemplarz, który testowałem, pochodził zza naszej zachodniej granicy, jednak z tego co wiem Franziskaner jest dostępny także w polskich sklepach, zwłaszcza tych specjalistycznych. Jego cena waha się w granicach 4,70-5,70 zł, czyli jak na tej klasy piwo – w normie.
Bawarski Hefe-Weizen jest całkiem ciekawym przedstawicielem swojego gatunku. Pomimo mankamentów, takich jak nietrwała piana i słaby aromat, moim zdaniem zasłużył na ocenę 4,0. Zastrzegam jednak, że jestem fanem pszeniczniaków, a nie każdemu ten styl musi pasować.
poniedziałek, 7 lutego 2011
Lwowskie Porter - Лвiвске Портер
(Tekst ukaże się w lutowym wydaniu NGS B.e.s.t.)
Lwowskie Porter
Лвiвске Портер
Styczeń – szaro, mokro, dni krótkie, aura nie zachęca do spędzania czasu wolnego na dworze (tym bardziej jak nie ma śniegu) – sezon idealny na ciemne piwo z gęstą pianą. Z myślą o czymś takim udałem się do pewnego sklepu i kupiłem tam Lwowskiego (czy jak kto woli – Lwiwskiego) Portera.
Zacznijmy może od wyglądu zewnętrznego. Piwo sprzedawane jest w brązowych butelkach z etykietą, kontretykietą i krawatką w kolorze czarnym, ze złotymi ramkami. Napisy są złote i białe. Bardzo ładne i eleganckie opakowanie, którego wygląd psuje niestety biała naklejka importera przyklejona z boku (jest ona jednak przydatna, gdyż wszystkie informacje na butelce są w języku ukraińskim). Butelkę wieńczy zielony kapsel z logo browaru.
Po przelaniu do szklanki powstała bardzo ładna czapa beżowej piany, zróżnicowana pod względem wielkości pęcherzyków. Niestety, mimo że wydaje się być dość gęsta i trwała, szybko opada, jednak pozostałe resztki pięknie oblepiają szklankę. Piwo ma bardzo ciekawą barwę, brązowo-wiśniową (ten drugi kolor ujawnia się, gdy patrzy się pod światło).
Jakichś szczególnych wrażeń zapachowych nie wychwyciłem, toteż przechodzę od razu do wrażeń smakowych. Lwowski Porter zawiera 20% (!) ekstraktu, już przy pierwszym łyku czuć mocny, słodowy smak (jak na porter przystało, do produkcji użyto trzech słodów: jasnego, karmelowego i palonego), ale nie tak słodki jak w porterach polskich. Później przebijają się gorzkie nutki chmielowe, co dopełnia efektu. Wyczuwalne są też minimalnie akcenty alkoholowe (nic dziwnego, skoro zawartość alkoholu wynosi 8%). Ogólnie rzecz biorąc, jest to wyśmienity przedstawiciel swojego gatunku, wręcz wzorcowy. Co ciekawe – jest to „koncerniak”, gdyż właścicielem browaru jest Grupa Carlsberg!
Na koniec jednak do tej beczki miodu dodam łyżkę dziegciu, chociaż w zasadzie jest to nieco inna beczka, bo polityczno-historyczna. W 2009 roku miał bowiem miejsce nieprzyjemny incydent. Browar lwowski sponsorował kontrowersyjny program gloryfikujący czyny kozaka Maksyma Żeleźniaka, jednego z przywódców rzezi na Humaniu, podczas której wymordowano 20 tys. Polaków i Żydów. Reakcją na to był bojkot przeprowadzony przez polskie środowiska kresowe, co doprowadziło w lutym 2010 do złożenia przeprosin przez browar. Miejmy nadzieję, że podobne „wybryki” się już nie powtórzą i będzie można cieszyć się smakiem lwowskiego porteru bez niesmaku spowodowanego nacjonalistycznymi zagrywkami firmy, w końcu jak mówi stare, bo jeszcze przedwojenne, hasło: „Sto lat żyje kto lwowskie piwo pije”.
sobota, 8 stycznia 2011
Jak żegnałem rok 2010
Nowy Rok mamy już od tygodnia, wypada więc przypomnieć w jaki sposób go przywitałem. Tym razem postanowiłem nie spędzać go upijając się na umór ani grając w FIFĘ czy RPG (nie żebym to uważał za jakiś niegodny sposób albo samą noc sylwestrową za jakąś szczególną). Spędziłem go w stolicy na imprezie Roots Revival i Fatty Fatty "New Years Eve Special".
poniedziałek, 25 października 2010
Trochę poezji na dzisiaj
Jako, że wczoraj skończyłem 22 lat, to dzisiaj, dla relaksu, trochę kultury. Pozwolę sobie przepisać wiersz nieznanego autora, który znalazłem w motcie książki H.E. Brawery Brewing Without Failures:
Oh - Good Lord
The Horse and Mule live thirty years,
Yet know nothing of wines and beers.
Most Goats and Sheep at twenty die,
And have never tasted Scotch or Rye.
A Cow drinks watern by the ton,
So at eighteen is mostly done.
The Dog in milk and water soaks,
And then in twelve short years he croaks.
Your Modest sober, bone-dry Hen,
Lays eggs for Nogs, then dies at Ten.
All Animals are strictly dry,
They sinless live and swiftly die.
But sinful, Ginful, beer soaked man,
Survives three score years and ten.
While some of us, though mighty few,
Stay sozzled till we're ninety-two.
Origin unknown
wtorek, 19 października 2010
Faszyzm (?) nie przejdzie
Po 17 września 1939. Spotkanie przyjaciół. żródło: interia.pl
Dostałem dzisiaj na Facebooku dość dziwne zaproszenie na wydarzenie pod tytułem "Faszyzm nie przejdzie, razem zablokujmy marsz faszystów". Jak zwykle przy takich eventach zastanawiam się, jak ich organizatorzy definiują ów "faszyzm". Jak wywnioskowałem z tego, co napisali na stronie chodzi o jakieś (niewymienione z nazwy) organizacje skrajnie prawicowe (?) i nacjonalistyczne. Albo raczej jest to jakieś słowo-klucz, które ma pomóc w zidentyfikowaniu się i stanięciu po drugiej (czyli lewej, stąd potrzeba utożsamienia neonazistów z prawicą) stronie. Na 11listopada.org możemy przeczytać:
Jesteśmy grupą różnych ludzi i środowisk. Łączy nas sprzeciw wobec faszyzmu. Planujemy demonstrację na trasie faszystowskiego pochodu. Chcemy fizycznie go zablokować. Wykorzystamy przysługujące nam prawa obywatelskie. Zapraszamy wszystkich mieszkańców Warszawy i wszystkich, którzy zechcą przyjechać do Warszawy, do czynnego sprzeciwu wobec faszystów(...)
Faszyzm za faszyzmem i faszyzm pogania. Konkretów brak. Czytając niektóre uzasadnienia protestu można wręcz odnieść wrażenie, że osoby stojące za organizacją blokady żyją w jakimś wyimaginowanym, alternatywnym świecie:
Bo faszyzm gloryfikuje przemoc, zaprowadzając za jej pomocą swoje porządki, podczas gdy my solidaryzujemy się z ofiarami tej przemocy, bo faszyzm ogląda historię przez lornetkę dowódcy zwycięskiej armii, podczas gdy my oglądamy ją z perspektywy cywilów, kobiet, mniejszości,(...)
Inną kwestią, która zawsze zastanawia mnie niezmiernie jest to, czy rzeczywiście tego typu ruchy chcą walczyć z szeroko pojętym totalitaryzmem, czy po prostu są zwolennikami innej wersji "wszechpotężnego rządu". Niestety - wygląda na to, że reprezentują raczej tę drugą opcję, bo wśród organizatorów nie brakuje tzw. równościowców, czyli wrogów wolności - femin(az)istki, socjaliści i inne mniej lub bardziej skrajne ugrupowania.
Na dodatek, jeśli głównym nurtem takowego ruchu jest antyfaszyzm to zastanawia mnie czy rzeczywiście zależy im na ostatecznym wyniszczeniu ideologii faszystowskiej. Wszak brak wroga oznaczałby też koniec tego ruchu.
Jakie w takim razie powinno być zdrowe konserwatywne i wolnościowe stanowisko? Moim zdaniem powinno się dać spokój i wolny czas przeznaczyć na jakieś spokojne zajęcia, może jakieś piwko za pomyślność ojczyzny, a manifestowanie i uliczne burdy zostawić narodowym i międzynarodowym socjalistom.
sobota, 4 września 2010
Smak Czarnego Dębu
Pogoda dzisiaj się poprawiła, więc i humor lepszy. Do tego do obiadu była okazja na spróbowanie nowego piwa. Tym razem był to Konstancin Czarny Dąb, rzecz jasna z Browaru Konstancin. Jak sama nazwa wskazuje – jest to piwo ciemne, na dodatek – ciemne specjalne.
Co w nim takiego specjalnego? Na pewno to, co zostało wyraźnie napisane na kontretykiecie, czyli dodatek prażonej cykorii i prażonego buraka cukrowego. Ciekawym jest też użycie dwóch rodzajów słodów (jęczmienny i barwiący) i dwóch rodzajów chmielów (goryczkowy i aromatyzujący). Tyle z lektury kontretykiety.
Co w nim takiego specjalnego? Na pewno to, co zostało wyraźnie napisane na kontretykiecie, czyli dodatek prażonej cykorii i prażonego buraka cukrowego. Ciekawym jest też użycie dwóch rodzajów słodów (jęczmienny i barwiący) i dwóch rodzajów chmielów (goryczkowy i aromatyzujący). Tyle z lektury kontretykiety.
Po przelaniu do kufla ukazała się ładna ciemnobrązowa (czy może raczej ciemnokarmelowa) barwa napoju i jasnobrązowa czapeczka piany. Niestety piana nie utrzymała się zbyt długo, nie zdążyłem nawet uchwycić jej na zdjęciu.
W smaku Dąb jest bardzo dobrym ciemnym piwem, z takim charakterystycznym posmaczkiem (może to ta cykoria? nie mam pojęcia jak ona smakuje ;) ). Pije się je spokojnie, bez pośpiechu. W sam raz na dłuższe spotkania przy kufelku piwa, zwłaszcza w takie nieprzyjemne jesienne wieczory, jakie niechybnie zaczną się już niebawem.
wtorek, 24 sierpnia 2010
Wyprawa do Bułgarii, cz. 2
Ta notka miała wyglądać z początku zupełnie inaczej. Założenia były takie, że będę porównywał Chorwację i Bułgarię. Idea ta jednak upadła. Teraz już jestem w Polsce i postanowiłem napisać ją od początku, skupiać się jednak będę nie na porównaniu (to dwa bardzo różne kraje, chociaż leżące w tym samym bałkańskim tyglu), lecz na krótkim opisie wrażeń i polecaniu najciekawszych rzeczy, których doświadczyłem. No więc zacznijmy od początku.
Plaża
Plaże w Bułgarii są dość ładne, piaszczyste, utrzymane w porządku, nie ma śmieci walających się po nich, do tego dużo fal, często całkiem sporych. W Złotych Piaskach jest chyba coś dosypywane albo jest tam specyficzny piasek przy brzegu, bo nadaje wodzie taki charakterystyczny kolor. Woda w tym roku była tak ciepła, że w zasadzie nie dawała ochłody. W weekend straszny tłok na plaży, w tygodniu nie aż taki straszny.
Z pewnością wartym obejrzenia jest zabytkowy Neseber, wpisany na listę światowego dziedzictwa kulturowego UNESCO. Wrażenie robią tamtejsze cerkwie i kamienice budowane w charakterystycznym stylu (murowany parter i drewniane piętro). Niestety klimat tego miejsca zakłócają wszechobecne stragany z pamiątkami i innymi pierdołami (często nijak się mającymi do tego miejsca).
Ciekawym miastem jest również Warna - morska stolica Bułgarii. Odwiedziliśmy tam Delfinarium (ciekawy pokaz delfinów), pospacerowaliśmy przez Primorski Park do bardzo ładnego starego centrum miasta. Wrażenie robi katedralna cerkiew Zaśnięcia Bogurodzicy. Smaczny obiad zjedliśmy w restauracji Pоссия (tak, kuchnia rosyjska, bardzo dobre jedzonko).
Ludzie i kultura
Z Bułgarami można się dogadać z łatwością. Język podobny w gruncie rzeczy do polskiego, każdy nawija po swojemu i wszyscy się rozumieją. Poza tym można odnieść wrażenie, że miejscowi uważają Polaków za dobrych turystów, często można było trafić na restaurację z polską flagą przy wejściu i polskim menu. Bułgarska muzyka popowa jest, powiedzmy, dosyć charakterystyczna. Nagminne używanie przez wokalistki i wokalistów ozdobników (tak na bliskowschodnią modłę) sprawia, że taki krnąbrny słuchacz jak ja słyszy ciągle to samo i nie widzi między nimi większej różnicy.
Plaża
Plaże w Bułgarii są dość ładne, piaszczyste, utrzymane w porządku, nie ma śmieci walających się po nich, do tego dużo fal, często całkiem sporych. W Złotych Piaskach jest chyba coś dosypywane albo jest tam specyficzny piasek przy brzegu, bo nadaje wodzie taki charakterystyczny kolor. Woda w tym roku była tak ciepła, że w zasadzie nie dawała ochłody. W weekend straszny tłok na plaży, w tygodniu nie aż taki straszny.
Złote Piaski
Plaża w Obzor
Zabytki i ciekawe miejscaZ pewnością wartym obejrzenia jest zabytkowy Neseber, wpisany na listę światowego dziedzictwa kulturowego UNESCO. Wrażenie robią tamtejsze cerkwie i kamienice budowane w charakterystycznym stylu (murowany parter i drewniane piętro). Niestety klimat tego miejsca zakłócają wszechobecne stragany z pamiątkami i innymi pierdołami (często nijak się mającymi do tego miejsca).
Wśród starożytnych ruin Neseberu
Neseberskie koty wypatrują klientów
Przed cerkwią Chrystusa Pankratora (Wszechwładcy)
Ciekawym miastem jest również Warna - morska stolica Bułgarii. Odwiedziliśmy tam Delfinarium (ciekawy pokaz delfinów), pospacerowaliśmy przez Primorski Park do bardzo ładnego starego centrum miasta. Wrażenie robi katedralna cerkiew Zaśnięcia Bogurodzicy. Smaczny obiad zjedliśmy w restauracji Pоссия (tak, kuchnia rosyjska, bardzo dobre jedzonko).
Delfiny w Delfinarium
Rossija
Cerkiew katedralna Zaśnięcia Bogurodzicy w Warnie
Ludzie i kultura
Z Bułgarami można się dogadać z łatwością. Język podobny w gruncie rzeczy do polskiego, każdy nawija po swojemu i wszyscy się rozumieją. Poza tym można odnieść wrażenie, że miejscowi uważają Polaków za dobrych turystów, często można było trafić na restaurację z polską flagą przy wejściu i polskim menu. Bułgarska muzyka popowa jest, powiedzmy, dosyć charakterystyczna. Nagminne używanie przez wokalistki i wokalistów ozdobników (tak na bliskowschodnią modłę) sprawia, że taki krnąbrny słuchacz jak ja słyszy ciągle to samo i nie widzi między nimi większej różnicy.
Obowiązkowo - Coca-Cola cyrylicą
Jedzenie i picie (czyli wyżerka i trunki)
Zdecydowanie polecam bułgarskie sery. Są wyśmienite! Niczego sobie są również kiełbasy. Nie wiem dlaczego, ale mięso z grilla w restauracjach było często - jak na polskie standardy - niedoprawione. Być może kwestia tradycji kulinarnych.
Dobra jest bułgarska woda mineralna, świetnie gasi pragnienie w upały. Kraj ten słynie także z wyrobu wina, co ciekawe jest tam ono droższe niż w Polsce. Bardzo dobrze smakuje również bułgarska rakija.
Rakija
Jeśli chodzi o miejscowe piwo to dobre wrażenie robiły Szumjensko, Burgasko, Kamenitza, Zagorka, a najlepsze zdecydowanie to Astika. Co ciekawe, we wszystkich krajach, przez które przejeżdżaliśmy, wielką popularnością cieszyły się piwa w plastikach.
Burgasko
Astika z plastika
czwartek, 12 sierpnia 2010
Wyprawa do Bułgarii, cz. 1
Piszę tę notkę siedząc w miejscowości Obzor (Обзор) w Bułgarii. Jestem tu od wczoraj. Pogoda dopisuje, słońce równo przypieka, morze jest ciepłe niczym woda w wannie. Wypada jednak napisać jak się tu dostaliśmy. Otóż dostaliśmy się tu samochodem, przeprawiając się wpierw przez całą Polskę, następnie przez Słowację, Węgry, Rumunię. Przejazd przez Rumunię zajął nam trochę czasu, mieliśmy tam dwa noclegi - jeden w Siedmiogrodzie (słynnej Transylwanii) i drugi za Bukaresztem, czyli na Wołoszczyźnie. Należy przyznać, że ten kraj jest również bardzo ciekawy i specyficzny, warto poświęcić na niego oddzielną wyprawę. Poniżej kilka zdjęć z przejazdu przez Rumunię.
Rumuńska rodzina na wozie
Cerkiew w Turdzie
Arbuzy na targowisku w Turdzie
Rumuński pies z jednego z postojów
Będąc biernym obserwatorem mogę powiedzieć, że Rumunia to kraj bezpańskich psów, krów, furmanek oraz żebrzących Cyganów. Jest w tym pewien specyficzny klimat, odczuwa się jakby coś, czego nie ma już w bardziej nowoczesnych krajach (chociaż w motelu mieliśmy na przykład WiFi, co oznacza niewątpliwie, że daleko w tyle nie są), wrażenie robią ogromne połacie dzikich gór, stare cerkwie i zamczyska, które jeszcze będę musiał kiedyś odwiedzić.
Większość kamienic jest ładnie odnowionych, niektóre jednak wciąż przypominają o minionej epoce
Czwartego dnia podróży dotarliśmy w końcu do Bułgarii, przekraczając Dunaj (wyznaczający granicę) w miejscowości Ruse.
W Bułgarii używa się cyrylicy, jednak większość tablic i znaków jest zapisywana dodatkowo alfabetem łacińskim
W zasadzie już od przekroczenia granicy przywitała nas słoneczna i upalna bułgarska aura. Znalezienie kwatery w Obzorze nie stanowiło większego wyzwania, można powiedzieć, że kwatera sama nas znalazła. Mieszkamy teraz w klimatyzowanym apartamencie z widokiem na morze, całkiem blisko plaży.
Szymiensko
Wspomnę jeszcze może z dwa słowa o piwie. Nie miałem okazji ztestować rumuńskich browarów, za to miałem okazję spróbować kilku bułgarskich. Jednym z nich jest Szymiensko (z tego co doczytałem się na etykiecie, produkowane w Sofii). Nie jest to może szczyt sztuki browarniczej, dosyć rześkie, lekkie, według mnie w sam raz dla kogoś, kto wychodzi z morza i ma w ustach słony posmak wody morskiej. Piana i kolor niezbyt rewelacyjne, trzeba jednak przyznać, że daje radę. Co ciekawe, popularne są tutaj dwulitrowe butelki plastikowe (jak to ja mówię - familijne), które jakoś niespecjalnie moim zdaniem szkodzą dla smaku (chociaż wiadomo - nie mam porównania).
Z zagranicznych piw prym wiodą (z obserwacji parasoli i reklam knajpek) (o zgrozo!) Stella Artois, Beck's i Heineken. I to by było na tyle. W czasie, gdy pisałem tego posta już pojawiły się jakieś problemy z połączeniem, więc lepiej nie kusić losu. Dalsze wieści znad Morza Czarnego nastąpią wkrótce!
czwartek, 8 lipca 2010
Pozor! Staročech
Będąc ostatnio za naszą południową granicą zdecydowałem się na ryzykowny eksperyment. Zakupiłem piwo Staročech - kosztujące 3,90 čK (plus cena butelki 3 čK!), czyli w przeliczeniu samo piwo kosztuje jakieś 80 groszy! I bardzo jest ta cena odpowiednia, no o ile ktoś w ogóle jest w stanie płacić za tego typu doznania! Paskudztwo okropne, wali chemią niczym polskie produkty z Głubczyc. Szczerze odradzam kupowanie tego wynalazku, wystarczy, że zrobiłem to za Was.
wtorek, 6 lipca 2010
RealBeat Festiwal - Žízníkov u České Lípy
W niedzielę wróciłem z mojego pierwszego zagranicznego wypadu na festiwal, z Žízníkova pod Czeską Lipą.
W zasadzie może nie mogę powiedzieć, że byłem na całym festiwalu, bo przyjechałem do Czeskiej Lipy dopiero w piątek wieczorem. Dojazd miałem pierwsza klasa, pociągami z biletem Euro-Nysa, przesiadając się w Görlitz, Zittau i Libercu (startowałem z Bolesławca).
W Libercu miałem na tyle dużo czasu na przesiadkę, że postanowiłem odwiedzić pobliski sklep i zaopatrzyć się w regionalne przysmaki - Svijany (10%) i Bernarda (tutaj zaw. ekstraktu już nie pamiętam). Pozwoliło to, mimo upału, na całkiem przyjemną podróż, chociaż po tych smakołykach o mało nie wsiadłem przez pomyłkę do pociągu do Pragi. Na szczęście jednak znalazłem właściwą drogę, dzięki koleżance z organizacji festiwalu. Miejscowi przywitali mnie bardzo gościnnie, może nawet za bardzo. Co by tu dużo nie mówić - obudziłem się rano w śpiworze koło jakiegoś samochodu. Moi towarzysze bowiem tej nocy nie zdążyli jeszcze dojechać stopem z namiotem. Dotarli rano, zaraz po przebudzeniu poszedłem ich szukać i znaleźć. Z uwagi na upał, który trzymał właściwie cały dzień, postanowiliśmy udać się nad pobliską rzeczkę-błotniczkę. Strasznie zamulona rzeczka, ale można było się przynajmniej lekko obmyć i schłodzić.
Po tej kąpieli postanowiłem wyruszyć do miasta na zakupy. Opróżniając plecak ze zbędnego bagażu ruszyłem raźnym krokiem w stronę Czeskiej Lipy, łapiąc szybko stopa, który podwiózł mnie prosto do Kauflandu, a tam - wszystko co najlepsze: Svijany, Bernardy, Primatory, a także inne prowianty. Powrót okazał się trudniejszy, gdyż nikt nie chciał mnie podwieźć. W południowym skwarze musiałem maszerować kilka ładnych kilometrów. Zresztą widać tę trasę na poniższej mapce.
Po powrocie poszliśmy z moimi koleżkami na teren festiwalu. Wykupiłem bilet na III dzień - 450 koron. Trzeba przyznać, że teren festiwalu robił wrażenie: około 5 scen, w tym jedna latino (super reggaetonowa selekcja cały dzień), jedna dubowa, oczywiście także scena główna, na której odbywały się koncerty. Wrażenie robiła także gastronomia, oferująca bardzo różnorodne jedzenie. My upodobaliśmy sobie najbardziej naleśniki smażone pod bardzo klimatycznym namiotem.
Dobrym pomysłem był skup zużytych kubeczków - za każdy dostawało się po 2 korony, co sprawiało, że po terenie festiwalu chodziło mnóstwo kubeczkozbieraczy, Łukasz, jeden z moich towarzyszy, uzbierał w ten sposób na kolejny festiwal. Dzięki takiemu zabiegowi na terenie festiwalu panował też porządek, którego wiele festów mogłoby RealBeatowi pozazdrościć.
Długo mógłbym pisać o tym, co działo się przez cały dzień, ale raczej nie byłby to zbyt ciekawy opis. Wystarczy, że napiszę, że w iście wakacyjnym stylu włóczyliśmy się tu i tam po terenie festiwalu i wokół niego. Muzyka prezentowana przez zespoły z głównej sceny była całkiem przyjemna, chociaż jakoś nie miałem ochoty bujać się pod sceną (powód prosty: okropny skwar i brak większej ekipy znajomych). Wspomnę może jeszcze tylko o głównym powodzie, dla którego tam pojechaliśmy: koncercie Toots & The Maytals. Ten prawdziwy klasyk muzyki reggae nie zawiódł swoich fanów, wykonując swoje największe hity, pokazując, że nawet jako 65-latek daje sobie świetnie radę na wokalu (towarzyszący Hibbertowi zespół składał się chyba wyłącznie z młodszych muzyków nie mających nic wspólnego z pierwszym, oryginalnym The Maytals). Momentami jednak wydawało się, że T&TM za bardzo odlatują w stronę bluesa, częste były długie solówki instrumentalne i wymyślne popisy wokalne Tootsa. Koncert oceniam w szkolnej skali na 4+, czegoś zabrakło, a może zbyt wiele się spodziewałem?
Do Bolesławca powróciliśmy tak samo, jak dojechałem - z tym, że tym razem przesiadki były idealnie niemal skomunikowane i cel osiągnąłem w zaledwie 3,5 godziny. Polecam czeskie festiwale, klimat jest wsaniały, no i te dziewczyny, naprawdę pełno pięknych dziewoi kręciło się tu i tam na festiwalu i poza nim :)
Do Bolesławca powróciliśmy tak samo, jak dojechałem - z tym, że tym razem przesiadki były idealnie niemal skomunikowane i cel osiągnąłem w zaledwie 3,5 godziny. Polecam czeskie festiwale, klimat jest wsaniały, no i te dziewczyny, naprawdę pełno pięknych dziewoi kręciło się tu i tam na festiwalu i poza nim :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)




