środa, 9 września 2015
Victoria aut morte! XXII album Motörhead
wtorek, 29 grudnia 2009
Podsumowanie roku
poniedziałek, 14 grudnia 2009
KaCeZet & Dreadsquad – Stara szkoła (recenzja)
Wielki powrót starej szkoły!
MMF i KaCeZet zabierają słuchacza w muzyczną podróż na Jamajkę lat 80. w starym dobrym.... polskim stylu!
Jak sam tytuł wskazuje, krążek utrzymany jest w oldschoolowej stylistyce raggamuffin z lat 80. poprzedniego wieku, nietrudno wychwycić w utworach nawiązania do gwiazd takich jak Yellowman, Eek-A-Mouse oraz do riddimów z tamtego okresu, np. słynnego Sleng Tenga. Jest też kilka kawałków w bardziej współczesnej formie, wpisujących się w bardziej ogólnie rozumiane reggae, z elementami dubu, a nawet ska. Jak przystało na taką muzykę, rytmy z płyty idą w biodra i z pewnością poruszą niejednego (i niejedną) do tańca.
Gdy tylko usłyszałem (a właściwie przeczytałem) pierwsze sygnały o tym, że KaCeZet nagrywa płytę z Dreadsquadem, wiedziałem że będzie to bardzo ciekawa pozycja. Gdy na MySpace pojawił się przedpremierowy odsłuch całej (!) płyty, byłem już pewien, że jest to jedna z najlepszych płyt tego roku! Kompozycje Marka „MFFa” Bogdańskiego świetnie współgrają z charakterystycznym wokalem Piotra „KaCeZeta” Kozieradzkiego. W warstwie muzycznej nie brakuje smaczków w postaci dźwięków z syntezatora Casio mt-41 (brata legendarnego Casio mt-40, na którym powstała większość znanych riddimów z lat 80.), taśmowych pogłosów i innych efektów. Bez tych wszystkich dźwiękowych bajerów z pewnością płyta nie byłaby aż tak klimatyczna.
Warstwa wokalna nie ustępuje wcale tej instrumentalnej. KaCeZet jest bardzo zdolnym wokalistą, który potrafi nawijać jednocześnie bardzo dynamicznie i melodyjnie, w dodatku jest dobrym tekściarzem (teksty są ewidentnym atutem płyty: dowcipne, błyskotliwe, w luźny sposób poruszające wiele życiowych kwestii, m.in. związanych ze stosunkami damsko-męskimi). Swoboda, z jaką posługuje się językiem polskim, dość trudnym do nawijania, robi wrażenie (a warto zauważyć, że wszystkie piosenki są w naszym ojczystym języku, więc dla każdego powinny być zrozumiałe).
Krążek rozpoczyna się od kawałka Kłaniam się nisko, który jest hołdem złożonym starym wykonawcom z Jamajki, prekursorom raggamuffin. Wątek ten przewija się jeszcze w kilku piosenkach. KaCeZet nawija w typowym dla okresu świetności tych artystów stylu, nie tracąc przy tym swojego oryginalnego charakteru. Drugi numer to piękny lovers Dla dziewczyny. Trzeci utwór nosi tytuł Dla moich ludzi. Jest szybszy, więcej w nim współczesnych efektów na wokalu. Podobnie kolejny – Gadżet i kicz – w dowcipny sposób komentujący różne akcje promocyjne, które atakują nas ze wszystkich stron. Podobnych tanecznych humorystycznych kawałków na płycie jest jeszcze kilka (chociażby promujący album na singlu Czego ona chce czy opowiadający o perypetiach związanych z Wojskową Komendą Uzupełnień WuKaU), jednak lepiej po prostu ich posłuchać niż czytać ich opisy w recenzji. Ostatni na krążku jest instrumentalny dubowy utwór, będący wersją znanego jazzowego standardu Juana Tizola – Caravan. To kolejne nawiązanie do tytułowej „starej szkoły”.
Płyta jest, moim zdaniem, strzałem w dziesiątkę! Wypełnia niszę, która nie była wcześniej prawie w ogóle zagospodarowana w polskiej muzyce reggae, na dodatek w świetnym stylu. Serdecznie polecam, a jeśli nie wierzycie to posłuchajcie na stronie http://www.myspace.com/kacezet .
niedziela, 22 listopada 2009
Ras Luta - Jeśli Słyszysz (recenzja)
Tuż po premierze nowego krążka Ras Luty reggae'owe fora internetowe zalała fala komentarzy, głównie negatywnych, że płyta średniawa, nie najlepsza itd. Czy może być coś bardziej zachęcającego do jej przesłuchania?
Luta działa na polskiej scenie reggae już od 2004 roku, zaczynał od występów z toruńskimi sound systemami. Jego debiut, jeśli chodzi o profesjonalne nagrania, miał miejsce na płycie Dreadsquadu Dread za dreadem. Od października 2005 współpracuje z grupą EastWest Rockers, z którymi nagrał dwie płyty. Pojawił się także na płycie Polski Ogień, na której do niemieckich riddimów nawijali polscy wykonawcy i gościnnie na wielu innych projektach, o których nie ma tu miejsca pisać. Tyle tytułem wstępu dla tych, dla których ksywka artysty nic nie mówi.
Z tego co pamiętam, pierwszy raz usłyszałem tego wykonawcę na Ostróda Reggae Festiwalu 2006, w przerwie między zespołami Silverdread puszczał wówczas z czarnych płyt różne kawałki, między innymi właśnie Król Królów Ras Luty. Wpadało to w ucho, fajnie się tego słuchało, słychać było szczery, rastafariański przekaz. Od tego czasu artysta przeszedł długą drogę, według mnie niekoniecznie obierając dobry kierunek, bo idąc w stronę dancehallu i hip-hopu, co niezbyt mi się podoba. Na całe szczęście na nowym krążku Luta postanowił najwidoczniej powrócić do swojego dawnego modernrootsowego wizerunku, bo większość kawałków jest właśnie w tej stylistyce. Dobrze także, że nie użyto znanych, zagranicznych riddimów, które są jednocześnie już zużyte aż do znudzenia, lecz postawiono na polskich producentów. Pojawiają się także goście, jak np. raperzy z Hemp Gru (jak dla mnie – niepotrzebny dodatek, ale domyślam się, że takie featuringi wynikają z tego, że płyta wyszła z wytwórni PROSTO).
Album rozpoczyna piosenka Jeśli Słyszysz (od której wziął tytuł także cały krążek), Ciekawy riddim i całkiem niezły tekst pozytywnie nastawiają także do kolejnych kawałków. Dobrym pomysłem było też to, że Ras Luta zaczynał nim koncert w czasie One Love we Wrocławiu. To przyzwoity openingowy numer, który może rzeczywiście dobrze rozgrzać publiczność. Niestety po przesłuchaniu dalszych kawałków (Dar, Jedność, Miłość w każdym domu etc.) można odnieść wrażenie, że większość tekstów mówi o tym samym, o złym Babilonie, o JCM Hajle Sellasje i podobnych. Rymy też jakoś nie są zbyt powalające – dosyć proste i miejscami aż śmieszne. Warstwa tekstowa z pewnością nie jest zbyt mocną stroną, po pewnym czasie krążek staje się strasznie monotonny i nudny. Kontrowersyjnie stwierdzę, że uważam za jeden z lepszych kawałków Nie mam hajsu, właśnie za to, że nie jest taki moralizatorski, Luta oszczędza w nim słuchaczom różnych „słów mądrości”, za to opisuje zwyczajne życie, kłopoty finansowe, które każdemu się przydarzają, do tego na całkiem ciekawym riddimie. Na płycie nie zabrakło oczywiście ganja tune'a, a mianowicie W mojej głowie. Jest także kilka kawałków w stylistyce dancehallowej (Czas by świecić, Chodź, Miasto stoi w ogniu), ale są na tyle słabe (przynajmniej moim zdaniem), że nawet nie ma sensu się nad nim tu rozwodzić. Swoją drogą denerwujące są na tej płycie wstawki mówione na początku utworów w stylu: „To jest Luta....ej!”. Przecież wiadomo, czyja to płyta, a jeżeli występuje ktoś gościnnie to też można to sprawdzić, a po raz n-ty słuchanie czegoś takiego przy kolejnym utworze działa na nerwy.
Ogólne moje wrażenie po przesłuchaniu jest raczej na plus, ale bez rewelacji. Płyta dobra pod względem muzycznym, dużo ciekawych rytmów się na niej pojawia, Luta też całkiem nieźle na nich prezentuje się wokalnie. Minusem natomiast są monotematyczne teksty (chociaż z drugiej strony całe szczęście, że nie ma takich „kwiatków” jak „dla frajerów kula” itp., które miały miejsce na poprzedniej płycie EWR), drażni mnie również obecność hip-hopowców, ale to już może raczej mój indywidualny stosunek do takiej muzyki, wiem o tym, że są osoby, którym zabawy reggae z hip-hopem mogą się podobać.
